sMAartblog

*sMAartblog po polsku*

Przeniesienie blogu

Uprzejmie informujemy, że odtąd blog będzie dostępny pod adresem: http://blog.maart.com/.  Są tam dostępne wszystkie treści zamieszczone dotychczas w zakładce „sMAartblog po polsku”, a także nowe wpisy. Zapraszamy!

Zawód kobiety

26.01.2011

Od dłuższego czasu, nie tylko ze względu na działalność feministek, dostrzega się pewien istotny problem, z którym zmagają się użytkownicy języka polskiego – brak żeńskich form nazw zawodów. Rzeczywistość wokół nas się zmienia i kobiety coraz częściej zajmują stanowiska dotychczas zarezerwowane tylko dla mężczyzn, co stwarza konieczność znalezienia słów, którymi można by je określić. O ile bowiem nie mamy kłopotu z od dawna zadomowioną w polszczyźnie lekarką, nauczycielką czy sekretarką, o tyle gdy trzeba jakoś określić kobietę strażaka, prezydenta czy chirurga, zaczyna się nam plątać język. Jakich form użyć? Strażaczka, prezydentka czy chirurgini (bo chyba nie chirurżka?…) brzmią co najmniej dziwnie…

To „dziwne brzmienie” wynika przede wszystkim z tego, że słowa te są nadal dość rzadko (jeśli w ogóle) używane, więc Polacy nie zdążyli się jeszcze z nimi oswoić, „osłuchać”. Im częściej jednak używa się jakiegoś nowego słowa, tym większe szanse na jego zaadaptowanie się w polszczyźnie na stałe. Najlepszym przykładem jest tu posłanka – słowo, które do niedawna nie istniało (a przy tym zostało utworzone w nietypowy sposób), ale upowszechniło się ze względu na duże zapotrzebowanie na określenie kobiety parlamentarzystki, a także dzięki niemałemu wkładowi mediów. Niewykluczone więc, że niebawem bez obiekcji zaczniemy używać także pozostałych żeńskich form nazw zawodów i stanowisk.

Wydaje się, że właśnie na to liczą feministki, które od dłuższego czasu konsekwentnie propagują takie nazwy. To przede wszystkim one stosują w swoich wypowiedziach określenia takie jak ministra, psycholożka, prezeska, a nawet naukowczyni. Słowa te mają jednak tylu przeciwników, ilu zwolenników. Jedni uważają je za potrzebne i „poprawne politycznie”, inni piętnują je jako sztuczne, źle brzmiące, a nawet deprecjonujące. Ten ostatni argument bierze się z tego, że słowa typu dyrektorka, doktorka i profesorka (a więc utworzone przez dodanie końcówki -ka do formy męskiej) rzeczywiście są nacechowane nieco lekceważąco i żadna pani dyrektor, doktor czy profesor raczej tak o sobie nie powie. Do problemu dziwnego, bo nietypowego brzmienia tego rodzaju określeń dochodzi więc problem mniejszego prestiżu, który one za sobą niosą. W ocenie większości użytkowników języka formy typu pani prezes czy pani sekretarz towarzystwa naukowego są o wiele bardziej nobilitujące. Warto nadmienić, że w przypadku tego ostatniego określenia mamy co prawda słowo sekretarka, ale stosuje się je jedynie w odniesieniu do funkcji mniej prestiżowej.

Jak więc radzić sobie z oporem materii językowej? Można starać się ominąć problem, używając konstrukcji omownych (a więc niestety długich i niewygodnych) w rodzaju kobieta strażak czy profesor, który jest kobietą. Można iść za głosem feministek i uparcie, nie bacząc na nacechowanie, trzymać się propagowanych przez nie wyrazów z nadzieją, że kiedyś przestaną one budzić kontrowersje. I można też… organizować plebiscyty. Ten ostatni sposób wybrali przedstawiciele Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego z Poznania, którzy zaprosili mieszkańców miasta do wspólnego wymyślenia słowa, którym można by określić kobietę kierowcę. Zwycięzcą, a raczej zwyciężczynią konkursu została kierowczyni. Pozostaje tylko czekać, aż ten na razie dość podejrzanie brzmiący wyraz przyjmie się wśród użytkowników języka…

Nie ulega wątpliwości, że zapotrzebowanie na określenia nazw stanowisk i zawodów kobiet istnieje i zwiększa się w miarę jak panie podbijają kolejne obszary dotychczas męskiej działalności. Można oczekiwać, że za kilka, kilkanaście lat problem sam się rozwiąże i pojawią się słowa powszechnie używane i niebudzące wątpliwości. Na razie jednak tkwimy na etapie przejściowym. Język żywo reaguje na zmiany rzeczywistości pozajęzykowej, jednak zmienia się powoli.

Więcej informacji:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/przyszla_strazaczka_do_doktorki_feminizacja_jezyka_po_polsku_16803.html;
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/299523,1,feminizm-w-jezyku-polskim.read.

Jak się dogadać na współczesnej wieży Babel

18.01.2011

„Padamy ofiarą szkolnego podejścia do nauki języka obcego, które obsesyjnie koncentruje się na naszych błędach. Dlatego zamiast się cieszyć, że umiemy się dogadać, myślimy o tym, jak kulawo nam to idzie. I wciąż zaczynamy naukę od początku. Zwykle szybko rezygnujemy i nigdy nie wychodzimy poza podstawy. A nowoczesne podejście do nauki języków głosi: ucz się tylko tyle, ile ci potrzeba. Nie musisz być dwujęzyczny – lepsza jest różnojęzyczność”, twierdzi metodyk języka angielskiego doktor Grzegorz Śpiewak w wywiadzie z Olgą Woźniak, opublikowanym na stronach tygodnika „Przekrój”. Zachęcamy do lektury całości rozmowy i – być może – zmiany podejścia do nauki języków.

Szczęśliwego nowego roku!

Wszystkim klientom, współpracownikom i sympatykom, a także czytelnikom naszego blogu, życzymy samych sukcesów w nowym roku oraz szampańskiej zabawy sylwestrowej.

Przy tej okazji z radością informujemy, że rok 2011 będzie dla Agencji MAart szczególny – w tym roku będzie ona bowiem obchodzić dwudziestolecie swojego istnienia.

Idą święta

Dobry (n)omen

17.12.2010

Nikogo nie trzeba przekonywać, jak wielkie znaczenie dla rozwoju przedsiębiorstw ma globalizacja. Ciągłe poszerzanie się granic globalnej wioski sprawia, że przed firmami otwierają się nowe rynki zbytu, a szansa eksportowania produktów nawet do najodleglejszych krajów stała się bardziej realna niż kiedykolwiek. Jest to niewątpliwie wielka korzyść, ale też kryją się za nią pewne niebezpieczeństwa. Jedno z nich może tkwić… w języku. Czasem dzięki podbojowi nowych rynków właściciele firm odkrywają zgoła niespodziewane aspekty swojej działalności – na przykład związane z nazwą firmy czy produktu, która zamiast budzić pozytywne skojarzenia i przyczyniać się do budowania zaufania do marki, wywołuje w innych państwach wesołość lub nawet oburzenie.

Nikomu nie trzeba przedstawiać znanego niemieckiego przedsiębiorstwa produkującego sprzęt oświetleniowy – OSRAM. W Niemczech ta uznana od wielu lat marka to z niczym się niekojarzący zlepek nazw dwóch pierwiastków, a w Polce… no właśnie. Podobnie ma się sprawa z mediolańską marką kosmetyków PUPA, w języku włoskim nieoznaczającą bynajmniej tego co w polskim. Te przykłady pokazują, jak pozornie neutralna nazwa firmy może stać się kłopotliwym balastem, gdy przychodzi do eksplorowania rynków zagranicznych. Właśnie w dobie globalizacji wybór właściwej nazwy, która w każdym języku będzie brzmiała równie dobrze, staje się nie lada wyzwaniem. Niestety wciąż podczas wymyślania nowych nazw ich twórcy nieczęsto decydują się skorzystać z pomocy tłumacza czy choćby słownika. Skutek? Oto kilka przykładów (nie tylko) z naszego rodzimego podwórka.

Swego czasu pewna polska firma wypuściła na nasz rynek soki pod nazwą „Dick Black”. Nie trzeba wyjaśniać, że budziła ona zasłużone kpiny zarówno znających angielski Polaków, jak i obcokrajowców. Aż strach pomyśleć, że ów producent soków sponsorował także pierwszoligową drużynę siatkarek, które podczas meczów rozgrywanych za granicą musiały zapewne występować z wiadomym napisem na koszulkach… Na szczęście właściciele marki nie byli nieczuli na głos ludu i po pewnym czasie zmienili kompromitującą nazwę. Podobnie było z krakowskim hotelem „The Boner Palace”. Z szacunku dla niewinności czytelnika nie wyjaśnimy, co jego nazwa oznacza po angielsku, dość jednak powiedzieć, że wśród zagranicznych turystów nierzadko budziła niepohamowane wybuchy śmiechu i zażenowanie. Na nic zdały się wyjaśnienia, że nazwa hotelu pochodzi od nazwiska starego krakowskiego rodu zajmującego niegdyś kamienicę, w której obecnie znajduje się hotel. Do naprawy nadszarpniętego wizerunku konieczna okazała się zmiana nazwy na „Bonerowski”.

Tego rodzaju nazewnicze wpadki nie są tylko polską domeną. W Wielkiej Brytanii na przykład pewien koncern produkujący żywność otrzymał liczne skargi od przedstawicieli mniejszości indyjskiej po tym, jak wprowadził do sprzedaży sos o nazwie „bundh”. Okazało się, że brzmi ona dokładnie tak jak pendżabskie słowo oznaczające tylną część ciała. Z kolei amerykański producent samochodów AMC napotkał w latach 70. nieprzewidziane trudności z popularyzacją modelu Matador w Portoryko. Jego problemy wynikły z tego, że w Portoryko, w odróżnieniu od większości krajów, matador nie kojarzy się z bohaterem, lecz z mordercą.

Niektórym firmom udało się szczęśliwie uniknąć kompromitacji, zanim wypuściły produkt na rynek. W trosce o budowanie pozytywnych skojarzeń związanych z marką samochód Seat Malaga sprzedawano w Grecji pod nazwą Gredos – „malakas” to bowiem w Grecji powszechnie używane przekleństwo. Z kolei Honda Fitta nosiła w Europie nazwę Jazz, ponieważ jej nazwa oryginalna jest w językach skandynawskich wulgarnym określeniem żeńskich narządów płciowych.

Jaki z tego morał? Źle dobrana nazwa może kosztować przedsiębiorstwo nadszarpnięcie reputacji i stratę pieniędzy wydanych na promocję. Warto się upewnić, czy w krajach, na które zamierza się rozszerzyć działalność, dana nazwa nie będzie kompromitująca czy śmieszna. W tym celu warto posłużyć się słownikiem, a jeszcze lepiej – skorzystać z pomocy tłumacza dobrze zorientowanego w lokalnych zwyczajach językowych.

Część informacji zaczerpnięto z artykułu opublikowanego w portalu Forsal.pl – http://forsal.pl/artykuly.

Ciekawe informacje na podobny temat: http://www.snopes.com/business/misxlate/nova.asp.

Swoje ganicie, cudzego nie znacie

9.12.2010

Jak się okazuje, karkołomne tłumaczenia tytułów filmów nie są wyłącznie polską domeną. Poniżej przedstawiamy wybrane przykłady wpadek zagranicznych dystrybutorów – oryginalny tytuł filmu oraz dosłowne anglojęzyczne tłumaczenie tytułu, pod jakim wyświetlano go w niektórych krajach.

Army of Darkness – Captain Supermarket (Japonia)
Dodgeball – Full of the Nuts (Niemcy)
Knocked Up – Slightly Pregnant (Peru)
Annie Hall – The Urban Neurotic (Niemcy)
Thelma & Louise – An Unexpected End (Meksyk)
Die Hard With a Vengeance – Die Hard: Mega Hard (Dania)
Eternal Sunshine of the Spotless Mind – If You Leave Me, I Delete You (Włochy)
The Naked Gun – The Gun Died Laughing (Izrael)
Boogie Nights – His Great Device Makes Him Famous (Chiny)
Lost in Translation – Meetings and Failures in Meetings (Portugalia)
Grease – Vaseline (Argentyna)

Tłumaczenia w kuchni…

2.12.2010

…czyli kolejna porcja błędów językowych i tłumaczeniowych związanych z gastronomią. ☺

Mizeria w menu

4.11.2010

Próbując wczuć się w rolę cudzoziemca spragnionego specjałów polskiej kuchni, z łatwością wyciągniemy wniosek, że jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróci on uwagę po wejściu do baru czy restauracji, jest niewątpliwie menu – istotne nawet bardziej niż wystrój, przyjemna atmosfera i kompetentna obsługa. Wydawałoby się zatem, że karty dań i ich poprawne tłumaczenie na języki obce powinny być przedmiotem największej troski właścicieli restauracji, okazuje się jednak, że w Polsce ich stan pozostawia wiele do życzenia. Pomijamy sytuacje, w których menu po prostu nie jest tłumaczone na inne języki. Kto wie, czy nie gorzej jest, jeśli tłumaczenia istnieją, ale są niepoprawne, co nie tylko wprowadza w błąd zagranicznych gości, lecz także źle świadczy o stosunku restauratorów do klienta. Jak bowiem dowodzi przeprowadzony przez nas rekonesans, wizyta w restauracji może być dla cudzoziemca co najmniej zabawnym, jeśli nie przerażającym doświadczeniem. Dlaczego? Przyjrzyjmy się, jakich doznań kulinarnych może się spodziewać niemówiący po polsku klient naszych restauracji.

Tłumaczenia kart dań na język angielski – na tym bowiem języku się skupimy – są pełne niewłaściwych sformułowań i literówek, co można by litościwie przemilczeć, gdyby nie prowadziło to w niektórych przypadkach do bardzo poważnych zakłóceń komunikacji. Czasami błędy są na tyle znaczne, że cudzoziemcy mogą powziąć zupełnie niewłaściwe mniemanie o tym, co może się znaleźć na ich talerzu. Przykłady można mnożyć. Tak oto w popularnej warszawskiej pizzerii nieopodal Nowego Światu wśród deserów znalazła się… mysz cytrynowa z bitą śmietaną (lemon mouse with whipped cream), a do sałatek dodaje się słodki róg (sweet horn, zapewne pomylony z kukurydzą – sweet corn). Te niewątpliwie wyszukane specjały można popić iskrzącą wodą ze straganu (stall and sparking water). W bardziej prestiżowych restauracjach jest niewiele lepiej. We flagowej restauracji znanej restauratorki udzielającej się na co dzień w mediach cudzoziemiec może na przykład posmakować aktualnej czarnej galaretki (black current jelly) – być może ta niezwykła nazwa pozwoli mu przynajmniej mieć nadzieję, że deser będzie świeży… Jeśli zaś sama galaretka okaże się daniem zbyt skromnym, by zaspokoić głód, zawsze można zmienić lokal i w chińskiej restauracji na placu Teatralnym poddać się prawdziwemu kulinarnemu eksperymentowi – spróbować pluszowej kaczki z imbirem i warzywami (teddy duck with ginger and vegetables). W kolejnym lokalu pretendującym do miana ekskluzywnego, restauracji mieszczącej się w samym sercu Starówki, w angielskiej karcie dań znajdziemy stary polski zaledwie bulion (old polish [sic!] barely broth), intrygujące połączenie trzewi wołowych z ciasteczkami (beef entrails with cakes), a także dziwaczne kombinacje wielojęzyczne, jak rind-pork loin with green pfeffer sauce czy chop de Volaille mit Nüssen.

Korzystając z pięknej letniej aury, wielu przybyszów z zagranicy zawita z pewnością do naszych znanych miejscowości wypoczynkowych. Zmartwi ich więc zapewne wiadomość, że fatalne tłumaczenia kart dań nie są bynajmniej domeną wyłącznie restauracji zlokalizowanych w stolicy. Gdyby więc jakiś turysta podczas wakacyjnych wojaży trafił do pewnej popularnej sopockiej restauracji, zyska nieocenioną możliwość oderwania się od niewymagających lektur plażowych i zmierzenia się z prawdziwą intelektualną łamigłówką w postaci tajemniczych nazw potraw takich jak penne z szynką i „kulinem” (penne with ham with kulin creme souce) czy ryba podawana z „risotto alliaceous” (served from rissotto alliaceous in sauce from green pepper). Nazwa tego ostatniego dania niewątpliwie brzmi bardziej wyszukanie niż zwyczajne „risotto czosnkowe” (garlic risotto), kto wie zatem, czy tego rodzaju zabieg językowy nie był przemyślanym chwytem marketingowym. Na drugim końcu Polski wielbiciele gór też znajdą coś dla siebie – w zakopiańskiej restauracji tradycyjnej mogą pokusić się o pieczone jabłka z przemoczonymi śliwkami (baked apples with soaked plums)…

To tylko kilka przykładów niepoprawności i niechlujstwa angielskich wersji menu. Jeśli dodać do tego literówki, od których roją się anglojęzyczne karty dań (by wymienić tylko kilka: cocumber, mushroms, yogurt, garlik, carp soute, spring water-bassed soup, one chuge cutlet…), oraz wielką niespójność tłumaczeń (w naszych poszukiwaniach natrafiliśmy na przykład na kilka odpowiedników nazwy „pierogi” – m.in. dumplings, pieroshki, piroshki, pierogis, pierogies), wyłania się z tego dość ponury obraz polskiej gastronomii. Ostrzegamy zatem: wybranie się z zagranicznymi przyjaciółmi do polskiej restauracji może być ryzykowne i wymaga anielskiej cierpliwości, niezbędnej do wyjaśnienia cudzoziemcom, co tak naprawdę autorzy menu mieli na myśli. Zadziwiająca jest przy tym obojętność, z jaką właściciele restauracji podchodzą do czegoś, co przecież stanowi wizytówkę ich firmy. W jednej z toruńskich kawiarni na przykład przez kilka lat można było natrafić na karty dań poprawione długopisem przez gościa, który nie mógł zapewne znieść kaleczenia angielszczyzny. Dopiero w tym roku podjęto nareszcie trud wydrukowania ich na nowo, tym razem bez kompromitujących błędów.

Zadziwiające jest to, że kwestia mająca tak wielki wpływ na wizerunek Polski – którą chcielibyśmy przecież postrzegać jako nowoczesny kraj, nie tylko w sensie geograficznym leżący w centrum Europy – jest do tego stopnia spychana na margines. Jednym z celów kampanii społecznościowej Translate Poland zainicjowanej przez Agencję MAart jest walka z tego rodzaju obojętnością na kwestie językowe w przestrzeni publicznej. Na stronie internetowej projektu (http://www.translatepoland.pl) można znaleźć liczne propozycje tłumaczeń nazw potraw. Skorzystanie z tych podpowiedzi z pewnością ułatwiłoby życie cudzoziemcom i pozwoliłoby nam nieco zyskać w ich oczach.

Wielojęzyczność w pytaniach i odpowiedziach

26.10.2010

Zachęcamy do zmierzenia się z quizem dotyczącym języków europejskich zamieszczonym na stronie internetowej Komisji Europejskiej pod adresem http://ec.europa.eu/education/languages/quiz/quiz3964_pl.htm. Quiz składa się z kilkudziesięciu pytań. Jego wyniki można poznawać na bieżąco, a dociekliwi ucieszą się zapewne z wyczerpujących komentarzy, którymi opatrzona jest każda odpowiedź.

Każdego dnia na stronie pojawia się nowe pytanie, warto więc zaglądać na nią regularnie.

Powodzenia!

Mistrz Mowy Polskiej

18.10.2010

W tym roku już po raz dziesiąty rozstrzygnie się plebiscyt na Mistrza Mowy Polskiej – osobę, która według Polaków zasługuje na uznanie ze względu na poprawność, estetykę i klarowność swoich wypowiedzi.

Program Mistrz Mowy Polskiej powstał w grudniu 2000 roku z inicjatywy magazynu konsumenta „Solidna Firma”, a twórcą jego koncepcji był Bogdan Chojna – autor wielu istniejących do tej pory programów, akcji społecznych i konkursów gospodarczych. Wyboru Mistrza dokonuje grono ekspertów złożone z wybitnych językoznawców; swojego laureata wybierają także czytelnicy, internauci i widzowie. W jury programu zasiadali profesorowie Jerzy Bralczyk, Bolesław Faron, Andrzej Markowski, Jan Mazur, Jan Miodek, Walery Pisarek, Jerzy Podracki i Halina Zgółkowa.

We wszystkich dziesięciu edycjach do konkursu zgłoszono około 950 kandydatów, z czego nominowanych było 117 osób, a laureatami zostało 30. Znaleźli się wśród nich między innymi: Stefania Grodzieńska, Gustaw Holoubek, Jeremi Przybora, Hanka Bielicka, Tadeusz Sznuk, Jan Nowak-Jeziorański, Artur Andrus, Wojciech Mann, Władysław Bartoszewski, Andrzej Turski, Marcin Wolski, Krzysztof Zanussi, Bohdan Tomaszewski. Oprócz laurów Mistrza Mowy Polskiej przyznawano także liczne nagrody specjalne, takie jak Mistrz Mowny, Mistrz Rozmowy, Wawrzyn Mowy Polskiej, Mistrz Rozmowy o Mowie, a także Vox Populi.

Wśród tegorocznych kandydatów do tytułu Mistrza Mowy Polskiej znaleźli się: Artur Andrus, Małgorzata Domagalik, Maciej Orłoś, Andrzej Poniedzielski, Irena Santor, Włodzimierz Szaranowicz, Beata Tadla, Jerzy Trela, Grzegorz Turnau, Stanisław Tym, Jan Ptaszyn Wróblewski, Michał Żebrowski.

Rozstrzygnięcie plebiscytu już dzisiaj podczas uroczystej Gali Finałowej.

Więcej informacji: http://www.mistrzmowy.pl.

19.10.2010

Tegoroczni laureaci plebiscytu to Artur Andrus, Jerzy Trela i Stanisław Tym. Nagrodę specjalną – Wawrzyn Mowy Polskiej – otrzymał Ryszard Kaczorowski. Nagrodę Vox Populi zdobyła Beata Tadla.

Paszczodźwięki

12.10.2010

Zachęcamy do wysłuchania audycji „Klub Trójki” Programu Trzeciego Polskiego Radia, w której Jerzy Sosnowski rozmawia z Mirosławem Oczkosiem i… pewną znaną polską dziennikarką na temat poprawności językowej i sztuki pięknej wymowy. Audycja dostępna jest na stronie internetowej Trójki.

(Nie tylko) językowy savoir-vivre

11.10.2010

Wszyscy znamy sprawę jednej z sieci księgarń, której pracownikom polecono zwracać się do klientów płacących kartą po imieniu. Takie postępowanie miało, w rozumieniu specjalistów od public relations, ocieplić kontakty obsługi z kupującymi i służyć budowaniu przyjaznej atmosfery. Jak jednak można wywnioskować z medialnych komentarzy, ta strategia skracania dystansu odniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Większość klientów czuła się jeśli nie oburzona, to przynajmniej zdezorientowana takim spoufalaniem się sprzedawców, w związku z czym właściciele sieci wycofali się z pomysłu, uzasadniając to tym, że „potrzeba trochę więcej czasu, aby nasz krąg kulturowy przekonał się do takiej formy komunikacji”.

Jak można z tego wywnioskować, jedną z podstawowych zasad „naszego kręgu kulturowego” jest szacunek dla cudzego imienia (i, jak się dalej przekonamy, także nazwiska). Choć za pośrednictwem telewizji i Internetu przenikają do nas zagraniczne – głównie amerykańskie – wzorce, upłynie jeszcze dużo wody w Wiśle, zanim wszyscy Polacy zaczną się do siebie zwracać po imieniu. Wszelkie próby skracania dystansu polegające na zwracaniu się do rozmówcy per panie Janku, pani Agato (powszechne zwłaszcza wśród pracowników banków i specjalistów obsługi klienta czy zarządzania zasobami ludzkimi) są niezgodne z polskim obyczajem i choć wśród młodszych osób nie budzą większego sprzeciwu, dla starszych bywają rażące. Nie chodzi tu oczywiście o sytuacje prywatne, gdy po imieniu mówi nam ktoś bliski, lecz o takie, gdy robi tak ktoś zupełnie nam obcy albo ledwo znany; jest to tym bardziej nie na miejscu, jeśli postępuje tak osoba młodsza w stosunku do starszej.

Podobnie jest z nazwiskiem, którego również nie powinno się używać bezpośrednio w odniesieniu do rozmówcy. Niewłaściwe jest także zaczynanie oficjalnych listów (czy to tradycyjnych, czy elektronicznych) słowami Szanowny Panie Kowalski, czyli zwrotem grzecznościowym połączonym z nazwiskiem. Zgodnie z polską etykietą w nagłówku powinien wystąpić wyłącznie zwrot grzecznościowy, ewentualnie z tytułem zawodowym lub naukowym (na przykład Szanowny Panie Profesorze), ale bez nazwiska. Częste ostatnio stosowanie w tym kontekście nazwiska (czasem także imienia lub imienia i nazwiska) wynika zapewne z kopiowania angielskiego sposobu zwracania się do adresata.

Powielanie zagranicznych zwrotów grzecznościowych nie musi jednak być aż tak niestosowne jak w przykładach podanych powyżej. Powszechne od niedawna wyrażenie Miłego dnia!, ukute na wzór angielskiego Have a nice day i słyszane najczęściej z ust sprzedawców lub pracowników infolinii, wydaje się dość sympatycznym sposobem pożegnania z klientem. Na pewno także w odpowiedzi na pytanie Co słychać? przyjemniej usłyszeć podszyte amerykańskim optymizmem Świetnie! niż tradycyjne polskie Jako tako czy Stara bieda.

Skłonność do narzekania wydaje się skądinąd jedną z polskich cech narodowych, co szczególnie rzuca się w oczy cudzoziemcom przybywającym z wizytą do naszego kraju. Jednym z tematów, który Polacy najchętniej podejmują w rozmowie z nowo poznanymi osobami – na przykład w kolejce u lekarza czy w taksówce – jest bowiem wspólne narzekanie – na zdrowie, pogodę, władze, zarobki… Nie najlepiej znoszą to przedstawiciele innych kultur, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, gdzie ceni się postawę typu „keep smiling”.

Niekiedy obcokrajowcy przebywający w Polsce dziwią się także, że Polacy tak często przepraszają. Przepraszam, która godzina?, Przepraszam, czy mogę prosić o ogień?, Przepraszam, upuściła pani chusteczkę – można by pomyśleć, że faktycznie często czujemy się winni bez powodu. Taki sposób zwracania się do innych to jednak właśnie przejaw polskiej grzeczności. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro od dziecka jesteśmy uczeni „magicznych słówek” – proszę, dziękuję, przepraszam – które tworzą swego rodzaju złotą trójkę naszej etykiety językowej.

Do wyróżników polskiej grzeczności należy także gościnność. Przejawia się ona też w języku – na przykład w zachętach do jedzenia i picia, które gospodarze kierują do gości podczas wydawanego przez siebie przyjęcia (Może jeszcze ciasta?, Ze mną się nie napijesz?!). Kiedy Polak zostaje zaproszony na kolację do zagranicznych przyjaciół, podświadomie spodziewa się podobnego traktowania i dziwi się (a może nawet czuje się dotknięty), jeśli to nie nastąpi. Z drugiej strony Anglik, Holender czy Francuz może uznać przejawy gościnności polskich gospodarzy za nazbyt natarczywe i naruszające jego autonomię.

Jak wynika z powyższych przykładów, zasady grzecznościowe nie są uniwersalne. To, co w jednych krajach uchodzi, w innych budzi zdziwienie lub bywa wręcz nie do przyjęcia. Ta pozornie oczywista prawda bywa niedoceniana. Tymczasem warto o niej pamiętać zarówno w kontaktach z przedstawicielami własnego narodu – i na przykład nie powielać wzorców obcych naszej etykiecie – jak i innych nacji – co może się wyrażać unikaniem zachowań, które u nas są naturalne, ale w kontaktach z cudzoziemcami mogą zostać źle odebrane.

Więcej informacji: Małgorzata Marcjanik, Grzeczność w komunikacji językowej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 22–34.

Okiem profesjonalisty

6.10.2010

Jakie języki zyskują popularność wśród uczących się, a jakie tracą na znaczeniu; jak przedstawiciele poszczególnych narodów podchodzą do nauki języków obcych; jakimi umiejętnościami językowymi mogą się pochwalić polscy politycy; jakie metody nauczania języków mogą przynieść najlepsze efekty oraz czym grozi znajomość zbyt dużej liczby języków – odpowiedzi na te i inne pytania udziela Jolanta Urbanikowa, pełnomocnik rektora UW ds. organizacji nauczania języków obcych i realizacji procesu bolońskiego, w wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita”. Zachęcamy do lektury!

Międzynarodowy Dzień Tłumacza

4.10.2010

Miniony czwartek był dla tłumaczy dniem szczególnym. 30 września, w dniu wspomnienia świętego Hieronima – autora Wulgaty, czyli przekładu Biblii na łacinę powstałego na przełomie IV i V wieku – obchodzi się bowiem Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Dzień tłumacza był propagowany przez Międzynarodową Federację Tłumaczy (obecnie afiliowaną przez UNESCO) od momentu jej utworzenia w 1953 roku. W roku 1991 federacja podjęła starania o oficjalne uznanie Międzynarodowego Dnia Tłumacza, aby w ten sposób wyrazić solidarność branży tłumaczeniowej na całym świecie i zwrócić uwagę na zawód tłumacza w różnych krajach (niekoniecznie wywodzących się z tradycji chrześcijańskiej). Dzień tłumacza jest okazją do wyrażenia dumy z wykonywania zawodu, który w erze postępującej globalizacji zyskuje coraz wyższą rangę.

W tym roku pracownicy Agencji MAart obchodzili Międzynarodowy Dzień Tłumacza w sposób szczególny – uczestniczyli w poświęconej branży tłumaczeniowej konferencji TM-Europe.

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/….

Miodzie, jestem domem!

16.09.2010

Poniżej zamieszczamy zabawny dialog w mistrzowskim tłumaczeniu Stanisława Barańczaka…

Husband: Honey, I’m home! Mąż: Miodzie, jestem domem!

Wife: Is that you Tommy? Finally! What took you so long? Żona: Czyż jesteś to ty Tomy? Finalnie! Co cię wzięło takiego długiego?

Husband: Come, come, Jennifer, don’t get upset. Mąż: Przybądź, przybądź, Jenniferze, nie uzyskuj przewagi jednego seta w meczu tenisowym.

Wife: Why, you’ve certainly taken your time this time? Żona: Dlaczego, ty z pewnością zabrałeś swój czas tymczasem?

Husband: It’s a jungle out there, my dear. Traffic jams every freaking five minutes, pardon my French. How was your day, by the way? Mąż: To jest dżungla tam na zewnątrz, moja zwierzyno płowa. Dżemy sklepików tytoniowych każde zakręcone pięć minut, ułaskaw mojego Francuza. Jak był twój dzień na poboczu drogi?

Wife: Nothing out of the ordinary. Your mother called to complain that you don’t call her often enough. Your son broke another two front teeth playing ice hockey. The garbage people are on strike. I washed the kitchen floor and now my back is killing me. My allergies are a pain-in-the-neck as well. And this foul weather gives me a hell of a pleasant feeling to boot. Other than that, my life is a typical suburban housewife ran its everyday course smoothly today. In any case, dinner is served. Żona: Nic poza obrębem czegoś ordynarnego. Twoja matka wołała narzekać że ty ją wołasz nie często dosyć. Twój syn złamał jeszcze jedne dwa zęby frontowe grając na hokeju z lodu. Śmieciarze są na uderzeniu. Wyprałam kuchenne piętro i teraz mój tył zabija mnie. Moja alergia jest bólem-w-szyi jako studnia. I ta niesportowa pogoda daje mi piekło proszącego czucia do buta. Inne niż to, moje życie jako typowej podurbanistycznej domowej żony biegło swój każdodzienny kurs gładko dziś. W dowolnym futerale, obiad jest obsłużony.

Husband: Can you fix me a stiff drink first? Mąż: Możesz ty zreperować mi jakis sztywny napój, po pierwsze?

Wife: Out of question. The food is getting cold. Besides, why don’t you fix one for yourself? I have my hands full, tossing the salad. Żona: Na zewnątrz pytania. Żywność jest dostająca chłodu. Obok, dlaczego ty nie zreperujesz jednego dla siebie sam? Ja mam ręce pełne, podrzucając sałatę.

Husband: All right then. I’ll get myself a can of Bud from the icebox. What are we having tonight? Mąż: Wszystko na prawo wtedy. Dostanę sobie puszkę Pąku z lodopudła. Co jesteśmy mający tej nocy?

Wife: You didn’t expect anything fancy, did you? What we have tonight is ever-so-popular hamburgers and fries from Burger King. There’s nothing like the regular meat-and-potato kind of stuff. (Aside) I think I’m gonna throw up. Żona: Ty nie oczekiwałeś żadnej wymyślnej rzeczy, oczekiwałeś ty? Co my mamy dziś, to są zawsze-tak-popularni szynkowi mieszczanie i smażonki z Mieszczanina Króla. Tam jest nicość przypominająca regularny mięsno-kartoflany rodzaj substancji. (Leżąc na boku) Myślę, że jestem gonną w trakcie rzutu wzwyż.

Husband: Just what the doctor ordered. You know I’m basically your meat-and-potato kind of guy. Mąż: Sprawiedliwe jest to, za co doktor dostanie order. Ty wiesz, podstawowo ja jestem twój mięsno-kartoflany rodzaj faceta.

Wife: Let’s change the subject. Speaking of beer, don’t you think you drink too much? Żona: Pozwólmy nam zmienić poddanego. Mówiąc o piwie, ty nie myślisz ty pijesz za dużo?

Husband: Me? Are you kidding me, baby? Look, I never get drunk. I drink nothing but beer, and more often than not, light beer, like Bud Lite. Mąż: Mnie? Jesteś robiąca mnie w dziecko, niemowlaku? Patrz, ja nigdy nie dostaję pijaka. Ja nie piję nic, ale piwo, i – bardziej często niż nie – świecące piwo, jak “Światło Pąkowia”.

Wife: Well, I don’t know. Żona: Studnia, ja nie wiem.

Husband: O.K., a Martini or two now and then, but that’s social drinking. That doesn’t count. I wouldn’t touch hard liquor with a ten-foot pole, except on the rocks or with lots of soda. Mąż: O.K., jakiś Martini albo dwóch Martinich każde teraz i potem, ale to jest picie socjalne. Tego nie robi hrabia. Ja twardego likieru nie dotknąłbym Polakiem o dziesięciu stopach, z wyjątkiem na skałach albo z parcelami sody.

Wife: See? I rest my case. Żona: Biskupstwo? Wypoczywam mój przypadek gramatyczny.

Husband: Now what are you trying to tell me? That I’m a basket case? That I don’t have the guts to kick a habit? Mąż: W chwili obecnej, co jesteś próbująca mi powiedzieć? Że jestem wiklinową gablotką? Że nie mam jelit, aby dać kopa komuś w habicie?

Wife: Calm down. Don’t raise your voice. Let’s not let your drinking problem bother us now; instead, let’s sit down and have our dinner. Żona: Uspokój się na dole. Nie hoduj swojego głosu. Pozwólmy nam nie pozwolić twojemu problemowi napojowemu denerwować nas teraz; zamiast, pozwólmy nam siąść w dół i mieć nasz obiad.

Husband: Fine with me. So, the French fries! Boy, am I starved. Mąż: Wyrafinowani ze mną. Toteż, Francuz smaży! Jako chłopak, jestem ja wygłodzony.

Wife: Help yourself. Żona: Pomagaj swojej jaźni.

Husband: Pass the salt, will you? Mąż: Przeminie sól; ty też?

Wife: Here we go. Żona: W tym kierunku idziemy.

Husband: And ketchup. These two burgers look real great. Mąż: I doganiamy. Ci dwaj mieszczanie spoglądają prawdziwi, wielcy.

Wife: You may have mine. (Another aside – For some reason, I’m not particularly hungry at this point). Żona: Możesz mieć kopalnię. (Przewraca się na drugi bok – Dla jakiegoś rozumu, nie jestem ani cząsteczkowo głodna przy tym czubku).

Husband: You don’t know what you ‘re missing. Mąż: Nie wiesz, do czego chybiasz.

Wife: I’m missing the boat, that’s what I’m missing. Żona: Chybiam do łódki, to jest to, do czego chybiam.

Husband: What are you talking about? Mąż: Czym jesteś ty mówiąca o?

Wife: Years go by, and I move in a rut. This may be my last chance. There are still those things I’ve always dreamed of doing. Like, for instance, being a Florence Nightingale. A black singer. A Hillary Clinton, even. Enough is enough. Our relationship has never really worked, anyway. Another day like this, and I’m going to pieces. I’m nobody’s slave. I need more space. Żona: Lata jeżdżą obok, a ja wzruszam w bruździe. Tegoroczny maju, bądź moim ostatnim przypadkiem! Tam są nieruchome te rzeczy, ja zawsze marzyłam o robieniu których. Jak, dla instancji, bycie Florenckim Słowikiem. Czarną maszyną do szycia. Hilarym Clintonem, parzystym. Dosyć jest dosyć. Nasz statek do przewozu krewnych nigdy naprawdę nie pracował, dowolną drogą. Jeden inny dzień jak ten, i ja jestem idąca w kierunku kawałków. Ja jestem bezcielesną Słowianką. Ja potrzebuję więcej przestrzeni kosmicznej.

Husband: So, what are you going to do now? Mąż: Toteż, co ty jesteś idąca robić teraz?

Wife: Move back in with my Mom. Żona: Poruszać tylną częścią ciała we wspólnych występach z moją Mamą.

Źródło: http://lingua-magica.blogspot.com/2010/09/grunt-to-dobre-tumaczenie.html.

Bezzwrotna pożyczka

7.09.2010

Coach, team, implementacja, handout, afterparty… – osobom zatroskanym o stan polszczyzny na dźwięk takich słów używanych na co dzień przez Polaków więdną uszy. Wydaje się, że w ostatnich latach, po przemianie ustrojowej, liczba anglicyzmów w naszym języku zwiększa się w zastraszającym tempie. Choć z jednej strony puryści językowi biją na alarm, z drugiej trzeba przyznać, że słowa takie jak legginsy, laptop czy klikać, jakkolwiek obce, doskonale się w polszczyźnie przyswoiły i wydają się niezastąpione. Odnoszą się one do desygnatów, które były w naszej rzeczywistości zupełnymi nowościami i w związku z tym nie miały jeszcze swoich nazw. Żeby jakoś nazwać te desygnaty, najprościej było „zaimportować” już istniejące określenia zza granicy. Kolejnym krokiem było dostosowanie takich pożyczek do właściwości języka polskiego – uproszczenie wymowy, często także zapisu, oraz ustalenie wzorca odmiany. O ile takie zapożyczenia wypełniają jakąś lukę w języku – pozwalają na nazwanie tego, co nie miało swojej nazwy w polszczyźnie – można je zaakceptować.

Większym problemem wydają się zapożyczenia, które dublują, a często wypierają już istniejące słowa polskie. Wspomniana wyżej implementacja ma swój polski odpowiednik – wdrożenie. Podobnie jest z popularną ostatnio akcesją, która jest niczym innym jak przystąpieniem. Zamiast coacha kiedyś mieliśmy trenera (skądinąd też zapożyczenie, ale już dobrze ugruntowane w języku), a zamiast teamudrużynę. Takie niepotrzebne zapożyczenia są najczęściej negatywnie oceniane przez językoznawców, a ich nadużywanie sprawia wrażenie niepotrzebnego snobizmu. Zdarza się jednak, że zapożyczenie zaczyna funkcjonować równolegle ze swym polskim odpowiednikiem i obie formy nabierają różnych odcieni znaczeniowych. Tak dzieje się na przykład z coachem, który okazuje się szczególnym rodzajem trenera – psychologiem zajmującym się rozwojem zawodowym i osobistym menadżerów (znowu zapożyczenie!).

Najbardziej zdradliwe, bo mniej dostrzegalne, wydają się zapożyczenia znaczeniowe. Pojawiają się wówczas, gdy polskie słowo, dotychczas używane w pewnym konkretnym znaczeniu, nabiera dodatkowego znaczenia pod wpływem podobnego słowa z języka obcego. Klasycznym przykładem takiego procesu jest zmiana znaczenia czasownika korespondować, który pierwotnie oznaczał wymianę listów, korespondencji, a obecnie bywa używany także w znaczeniu ‘współgrać, odpowiadać’ (tak jak w przypadku angielskiego czasownika to correspond). Podobnie stało się ze słowem formuła, od dłuższego już czasu używanego zwłaszcza przez twórców reklam kosmetyków na określenie składu,choć do niedawna oznaczającego tylko ‘przepis, sformułowanie’ (np. w zestawieniu formuła przysięgi). Także słowo kondycja nabrało innego sensu, odkąd używa się go w kontekstach typu kondycja budynku, kondycja finansowa. Niegdyś odnosiło się ono tylko do sprawności fizycznej ludzi, a w zestawieniach przytoczonych w poprzednim zdaniu używano słowa stan. Choć takie nowe znaczenia często utrwalają się w języku, są negatywnie oceniane przez osoby zawodowo zajmujące się poprawnością językową. Najczęściej dzieje się bowiem tak, że nie wnoszą one szczególnej wartości do języka – nie nazywają czegoś, co wcześniej nie miało swojej nazwy, ale wręcz wypierają nazwy tradycyjne, funkcjonujące od lat.

Ogólna zasada rządząca oceną zapożyczeń to właśnie sprawdzenie, czy dane słowo lub zwrot są nam potrzebne. Jeśli mamy już rodzime określenia jakiegoś obiektu czy stanu, lepiej się go trzymać i nie stosować zagranicznych ekwiwalentów. Jeśli zaś zapożyczenie pozwala nam nazwać jakiś nowy element otaczającej nas rzeczywistości, można je uznać za przydatne. Jedno jest pewne: zapożyczenia używane w nadmiarze i ze snobistycznych pobudek nie tylko nie świadczą dobrze o mówiącym, ale wręcz utrudniają komunikację.

Historia Polski w pigułce

1.09.2010

Poniżej zamieszczamy animację promującą nasz kraj na targach EXPO 2010 w Szanghaju – krótką lekcję historii Polski.

Czy obraz jest w stanie wyrazić więcej niż jakikolwiek tekst w dowolnym języku świata i przemówić do widzów z najbardziej oddalonych zakątków globu? Oceńcie Państwo sami.

Ślimak z kocim ogonem

6.08.2010

Na wypadek, gdyby podczas któregoś z wakacyjnych wojaży nadarzyła się Państwu okazja wymienienia adresów e-mail z nowo poznanymi cudzoziemcami, zamieszczamy listę nazw znaku „@” w różnych językach. Jak widać, próby dosłownego przetłumaczenia naszego określenia „małpa” są zupełnie bezcelowe…

afrikaansaapstert – małpi ogon;
angielskiat;
chiński
(dialekt mandaryński) – da yiba aa z długim ogonem;
czeskizavináč – rolmops;
duński
, norweskigrisehale – świński ogon;
esperanto
heliko – ślimak;
fińskikissanhäntä – ogon kota;
francuskiescargot – ślimak;
grecki
παπάκι [papáki] – kaczątko;
gruzińskikudiani aa z ogonem;
hiszpański
, portugalskiarroba (od jednostki wagi i objętości oznaczanej tym znakiem);
japoński
naruto – wir, zawijas, spirala;
niemiecki
das Affenohr – małpie ucho (jedno z określeń potocznych);
rosyjski
собака [sobaka] – pies;
szwedzki
elefantöra – ucho słonia; kattfot – kocia stopa;
turecki
gül – róża;
węgierski
kukac – robak, larwa; bejgli – strucla, rogalik;
włoski
la chiocciola – ślimak.

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/@.

Tłumaczeniem w płot

2.08.2010

Co jakiś czas w mediach pojawiają się doniesienia o różnorakich nieporozumieniach wynikających z błędów w tłumaczeniach. Kilka pozornie niewinnych słów może wywołać skandal, sprawić, że ktoś znajdzie się w niezręcznej sytuacji, a nawet spowodować zamieszanie na giełdach. Takie nieporozumienia wynikają najczęściej ze zbytniej dosłowności tłumaczenia albo pojawienia się w nim któregoś z tak zwanych fałszywych przyjaciół (czyli słowa, które w różnych językach brzmi bardzo podobnie, ale ma zupełnie inne znaczenie).

Kilka tygodni temu na przykład jedno zdanie wypowiedziane po francusku przez premiera Francji François Fillona w rozmowie z premierem Kanady Stephenem Harperem wywołało konsternację inwestorów giełdowych i gwałtowny spadek kursu euro. Wszystko to dlatego, że słowa premiera „równowaga między euro a dolarem amerykańskim jest dobrą wiadomością dla rynków gospodarczych i finansowych” nabrały zupełnie innej wymowy po przełożeniu na angielski. Wskutek niewłaściwego przetłumaczenia „fałszywego przyjaciela” dla dziennikarzy piszących po angielsku stało się jasne, że premier Francji życzyłby sobie, aby za jedno euro płacono jednego dolara. Skutkiem było obniżenie kursu euro w stosunku do dolara do poziomu najniższego od czterech lat.

Inne nieporozumienie przydarzyło się niedawno w świecie sportu. W swoim wywiadzie dla pisma „Sport Bild” holenderski trener piłkarski Guus Hiddink użył następującego sformułowania, odnosząc się do jednego z niemieckich piłkarzy, Mesuta Özila „Özil ma zły paszport, bo powinien grać dla Turcji, ale niestety wybrał Niemcy”. W wyniku błędnego tłumaczenia hiszpańskie, a potem światowe media obiegła wieść, że Özil… sfałszował swój paszport.

Bywają też pomyłki większego kalibru. Jakiś czas temu w polskiej prasie pojawiły się niepokojące informacje, że w wyniku błędnego tłumaczenia unijnej dyrektywy w sprawie biopaliw Polacy będą musieli więcej płacić za benzynę. Miałoby to być skutkiem nakazu umieszczania na dyspozytorach informacji o zawartości biokomponentów w paliwie, czego koszty ponieśliby użytkownicy końcowi. Według firm paliwowych obowiązek podawania takich informacji może wynikać z niewłaściwego tłumaczenia unijnych przepisów, na których opiera się polska ustawa w tej sprawie.

To wszystko to jednak nic w porównaniu z rewelacjami, o których donosi amerykańskie pismo „Pediatrics” w artykule zatytułowanym „Accuracy of Computer-Generated, Spanish-Language Medicine Labels” (Poprawność komputerowych tłumaczeń hiszpańskojęzycznych ulotek dołączanych do leków)*. Okazuje się, że aptekarze za oceanem do tłumaczenia ulotek dołączanych do leków stosują… programy komputerowe. Można sobie wyobrazić, jakie są tego efekty. Może się na przykład zdarzyć, że mówiący po hiszpańsku pacjent, który będzie miał pecha trafić na tak przetłumaczoną ulotkę, zażyje swoje lekarstwo jedenaście razy dziennie zamiast raz dziennie (a to dlatego, że once oznacza po hiszpańsku jedenaście, a nie raz, tak jak w angielskim, czego zdają się nie dostrzegać wspomniane programy). Według autorek artykułu, doktor Iman Sharif i Julii Tse, z automatycznych translatorów korzysta bardzo wiele aptek (86%), a tylko nieliczne (3%) zatrudniają wykwalifikowanych tłumaczy. Przeprowadzony przez autorki test kilkunastu translatorów wykorzystywanych przez aptekarzy przyniósł niezbyt zachęcające rezultaty: po przetłumaczeniu siedemdziesięciu sześciu ulotek w trzydziestu dwóch z nich stwierdzono niekompletność informacji, a w sześciu – rażące błędy ortograficzne i gramatyczne.

Wnioski z tego krótkiego przeglądu ostatnich doniesień prasowych są cokolwiek niepokojące. Nasze dobre imię, pieniądze, zdrowie – wszystko to może zależeć od jakości tłumaczeń, z którymi mamy do czynienia.

* O tej sprawie piszemy także w zakładce Medical & Pharmaceutical.

Więcej informacji:
http://waluty.wp.pl/kat,50008,title,Zle-tlumaczenie-dobilo-kurs-euro,wid,12337073,wiadomosc.html,
http://sport.wp.pl/kat,1025533,title,Afera-z-Ozilem-Burza-w-szklance-wody,wid,12427199,wiadomosc.html?ticaid=1a778,
http://logistyka.pb.pl/2150102,51382,nowa-norma-nowe-koszty?ref=col2,
http://pediatrics.aappublications.org/cgi/content/abstract/125/5/960.

Dwa nagie miecze

27.07.2010

Podczas niedawnych obchodów sześćsetnej rocznicy bitwy pod Grunwaldem niewiele razy można było usłyszeć w mediach nazwisko człowieka, bez którego nasza pamięć o tamtych wydarzeniach z pewnością przybrałaby inny kształt. Warto więc wspomnieć rycerza, który zapisał się na kartach naszej historii jako znamienity wódz i dyplomata, a także… tłumacz.

Jan Mężyk z Dąbrowy urodził się w XIV wieku w rodzinie szlacheckiej herbu Wadwicze. Piastował wysokie stanowiska państwowe. Był łożniczym królewskim, podczaszym, cześnikiem nadwornym, a wreszcie sekretarzem królewskim; często także wyruszał za granicę z różnorakimi misjami dyplomatycznymi. Należał do najbliższego otoczenia króla Władysława Jagiełły. Podczas bitwy pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku nie tylko dowodził własną chorągwią, lecz także wszedł w skład osobistej ochrony króla.

Obok zdolności wojskowych i dyplomatycznych Mężyk miał jeszcze jeden talent. Jako człowiek bywały w świecie znał języki obce, w tym niemiecki, toteż często pełnił funkcję królewskiego tłumacza. To właśnie on przełożył na język polski pełne buty wystąpienie krzyżackich posłów, którzy przed bitwą pod Grunwaldem zaoferowali naszemu królowi dwa nagie miecze.

Scenę tę opisał w swoich kronikach Jan Długosz, a w jego ślady poszedł Henryk Sienkiewicz, w którego powieści zatytułowanej „Krzyżacy” także znalazła się wzmianka o translatorskim wyczynie Mężyka. W ekranizacji powieści w reżyserii Aleksandra Forda Krzyżacy mówią już po polsku, co można tłumaczyć chyba tylko tym, że scena ofiarowania mieczy, w której uczestniczyłby tłumacz, straciłaby na dynamiczności i sile wyrazu. Niemniej jednak Jan Mężyk z pewnością zasługuje na pamięć jako jeden z pierwszych tłumaczy, który dzięki swojej pracy wpłynął w jakiś sposób na bieg historii naszego kraju.

Obcy język polski

20.07.2010

Język polski znajduje się w pierwszej dziesiątce najtrudniejszych języków świata. Zasłużył sobie na to miejsce dzięki skomplikowanej gramatyce, mnogości najróżniejszych końcówek fleksyjnych, rojącej się od wyjątków ortografii i szeleszczącej wymowie. A jednak są cudzoziemcy, którzy chcą się uczyć polskiego.

Z roku na rok przybywa w naszym kraju gości z zagranicy, co wiąże się też ze zwiększeniem popularności języka polskiego wśród cudzoziemców. W samej Warszawie istnieje już kilkanaście szkół językowych oferujących kursy polskiego, a ich liczba cały czas rośnie. O ile przed rokiem ’89 zawód lektora języka polskiego mógł się wydawać nieco egzotyczny, o tyle teraz zaczyna go wykonywać coraz więcej osób, nie tylko absolwentów filologii polskiej.

Z czym muszą się zmierzyć osoby pragnące poznać język Mickiewicza i ich nauczyciele? Bez wątpienia dla obu stron nauka polskiego może być nie lada wyzwaniem. Weźmy na przykład liczebniki. W języku angielskim istnieje tylko jedna forma liczebnika dwatwo – używana w takiej właśnie postaci we wszelkich kontekstach. W polskim musimy uwzględnić rodzaj (mówimy dwaj mężczyźni lub dwóch mężczyzn, ale dwie kobiety i na dokładkę dwa okna i dwoje dzieci) oraz przypadek (mówimy: widzę dwóch mężczyzn, ale widziałem się z dwoma mężczyznami), co summa summarum, z uwzględnieniem różnych oboczności, daje nam aż dziesięć form, z których w dodatku wiele dubluje się w różnych kontekstach (jak wytłumaczyć cudzoziemcowi, że liczebnik dwóch w zdaniu Dwóch mężczyzn szło i Nie rozmawialiśmy o tamtych dwóch paniach to tak naprawdę dwie różne formy gramatyczne?…). To jeszcze nie koniec. Przejdźmy do składni. Jeden samochód jechał – proste. Dwa, trzy, cztery samochody jechały – zrozumiałe. Pięć samochodów jechało – zaczynają się schody. Większości cudzoziemców zupełnie nielogiczne wydaje się łączenie liczebników większych niż pięć z rzeczownikiem w dopełniaczu i orzeczeniem w rodzaju nijakim. Jak to: dwóch mężczyzn stało? Mężczyzna i orzeczenie rodzaju nijakiego – to zupełnie jakby mężczyzna był w polszczyźnie zrównywany z krzesłem albo mydłem. Dwóch mężczyzn stali byłoby bardziej do przyjęcia.

Takie przykłady można mnożyć (weźmy na przykład miejscownik, w którym wiele wyrazów wykazuje zadziwiającą skłonność do wymieniania niektórych liter na inne – mówimy wszak tam idzie ten oszust, ale nie myśl o tym oszuście) i nic dziwnego, że chęć opanowania polskiego może przyprawić cudzoziemca o siwiznę, a od jego lektora wymaga iście lisiej przebiegłości. Sprowadza się ona do tego, by „zatajać” przed uczniami niektóre fakty, a inne podawać z dużą dozą ostrożności, należycie stopniując trudności. Oznacza to na przykład tyle, że na początku nauki w zupełności wystarczy, jeśli poinformujemy cudzoziemca o jednym tylko – łatwiejszym – sposobie tworzenia czasu przyszłego: połączeniu odpowiedniej formy czasownika być z bezokolicznikiem (np. będę jechać). Na naukę form typu będę jechał i będę jechała przyjdzie czas później…

Jak widać, w starciu z polszczyzną nawet najbardziej zdeterminowany uczeń może się poczuć zdezorientowany. Często więc lektor dwoi się i troi, by zmotywować swoich pupili do nauki i nie pozwolić im popaść w zniechęcenie.

A jak zdemotywować początkującego obcokrajowca? Na przykład dać mu do przeczytania wierszyk…

Chrząszcz

Trzynastego, w Szczebrzeszynie chrząszcz się zaczął tarzać w trzcinie.
Wszczęli wrzask Szczebrzeszynianie: Cóż ma znaczyć to tarzanie?!
Wezwać trzeba by lekarza, zamiast brzmieć, ten chrząszcz się tarza!
Wszak Szczebrzeszyn z tego słynie, że w nim zawsze chrząszcz brzmi w trzcinie!

A chrząszcz odrzekł niezmieszany:
Przyszedł wreszcie czas na zmiany!
Drzewiej chrząszcze w trzcinie brzmiały, teraz będą się tarzały.

Do you really speak English?

5.07.2010

Zanim odpowiesz „tak” na pytanie, czy mówisz po angielsku, dobrze się zastanów. Być może tylko wydaje Ci się, że znasz ten język, a w rzeczywistości używasz któregoś z podtypów angielskiego, któremu daleko do literackiej angielszczyzny.

Język angielski ma wiele twarzy. To, że posługują się nim miliony ludzi na całym świecie, nie tylko (a wręcz przede wszystkim nie) native speakerzy, przyczynia się do powstawania jego licznych odmian różniących się takimi cechami jak zasób słownictwa, gramatyka i przeznaczenie. Nie chodzi tym razem o odmiany regionalne czy środowiskowe, pojawiające się naturalnie w pewnych miejscach i grupach ludności, lecz odmiany wyodrębnione sztucznie, a następnie opisane i sklasyfikowane, co pozwala im uzyskać status swego rodzaju „podjęzyka”.

W taki właśnie sposób narodził się Globish, wynalazek Francuza Jeana-Paula Nerrière’a, który podczas biznesowych wojaży odkrył, że angielski, którym posługują się osoby wychowane w regionach nieanglojęzycznych, różni się znacznie od mowy rodzimych użytkowników tego języka. Jak można się spodziewać, Globish jest językiem uproszczonym. Składa się z zaledwie tysiąca pięciuset słów (w związku z tym obiekty bardziej skomplikowane wskazuje się opisowo, używając kilku prostszych słów zamiast jednego trudnego) i charakteryzuje się mniej skomplikowaną gramatyką, jednak w odróżnieniu od niedawno opisanego Chinglish jest językiem całkowicie poprawnym. Według jego twórcy Globish sprawdza się podczas spotkań biznesowych znacznie lepiej niż tradycyjna, szekspirowska angielszczyzna. Dwie główne zasady nim rządzące to powiedzieć coś tak, żeby zostać zrozumianym (odpowiedzialność za skuteczność komunikacji przenosi się więc na autora wypowiedzi, co odciąża słuchacza), a także powiedzieć to z wykorzystaniem jedynie niezbędnego minimum środków. Oznacza to, że nie trzeba szukać w pamięci wyrafinowanych zwrotów czy idiomów – tak przecież cenionych podczas egzaminów językowych prowadzonych przez uniwersytet w Cambridge – lecz użyć najprostszych sformułowań, jakie nam się nasuną. Nerrière stworzył liczne książki na temat swojego odkrycia, a nawet oferuje naukę Globish. Twierdzi przy tym, że Globish jest swego rodzaju pomostem łączącym ludzi porozumiewających się dotychczas w takich językowych hybrydach jak Chinglish, Spanglish i podobne języki pidżynowe.

Pomysł Jeana-Paula Nerrière’a, choć z pewnością interesujący, nie jest bynajmniej tak odkrywczy, jak by się mogło wydawać. Istnieje jeszcze co najmniej kilka uproszczonych odmian angielskiego o różnych nazwach: Basic English, Special English, Simplified English, Plain English…

Pierwszy z nich został opisany przez Charlesa Kaya Ogdena w pierwszej połowie XX wieku. Składa się z ośmiuset pięćdziesięciu słów i powstał na potrzeby nauczania języka angielskiego oraz jako międzynarodowy język pomocniczy. Zasób słownictwa Basic English jest powszechnie wykorzystywany w dydaktyce przez nauczycieli angielskiego jako języka obcego. Szczególnie chętnie korzysta się z niego w Azji.

Ciekawa jest historia drugiego z wymienionych języków, Special English. Stworzono go na potrzeby audycji radiowej Voice of America, w której używa się go od 19 października 1959 roku aż po dziś. Jest to także język uproszczony, stworzony z myślą o słuchaczach, którzy uczyli się angielskiego, lecz nie posługują się nim na co dzień. Jego cechą charakterystyczną jest to, że obowiązuje w nim wyraźna, wolniejsza artykulacja, tak aby osoby nieznające dobrze angielskiego rozumiały, o czym mowa. Szczególną odmianą Special English jest Specialized English, używany w jednej z audycji chrześcijańskiej rozgłośni Feba Radio.

Simplified English także jest językiem szczególnego przeznaczenia, tyle że nie ma charakteru ogólnego, lecz stosuje się go w tekstach specjalistycznych. Pierwotnie był to język tekstów związanych z przestrzenią powietrzną i kosmiczną, obecnie jest zaś powszechniej stosowany w branży przemysłowej. Jego nadrzędnym celem jest unikanie dwuznaczności, jasność i zrozumiałość, a także ułatwienie tłumaczenia (także komputerowego) na inne języki. Jego oficjalna nazwa brzmi ASD-STE100 Simplified Technical English (STE).

Ostatni ze wymienionych języków, Plain English, różni się odrobinę od pozostałych. Nie jest po prostu uproszczoną odmianą angielszczyzny, bardziej pasowałoby do niego określenie „nieskomplikowany”. Propaguje się go wśród rodzimych użytkowników języka angielskiego, a jego celem jest przede wszystkim ułatwianie komunikacji instytucji rządowych z obywatelami. Kampanie promujące Plain English kieruje się zwłaszcza do urzędników, prawników, polityków, naukowców czy różnego rodzaju specjalistów po to, by język, którym się oni posługują, był zrozumiały także dla laików. Zwolennicy Plain English apelują o niestosowanie żargonu, jasne formułowanie myśli i ogólnie unikanie elementów, które mogłyby uczynić wypowiedź niezrozumiałą dla zwykłych ludzi. To język, w którego używaniu przejawia się dbałość o odbiorcę.

Ten krótki przegląd nie wyczerpuje oczywiście bogactwa odmian angielszczyzny, daje jednak niejakie wyobrażenie o tym, jak szczególne zapotrzebowanie na niezakłóconą komunikację wpływa na język. Dążenie do prostoty i zrozumiałości zaowocowało powstaniem kilku typów języka, których twórcy kierowali się jednym wspólnym celem: nie wprowadzić odbiorcy w konsternację. Być może nie są to odmiany, których znajomość pozwala czytać Szekspira w oryginale, w zupełności jednak wystarczą do porozumiewania się na co dzień.

Strony poszczególnych języków:
Globish: http://www.globish.com/;
Basic English: http://ogden.basic-english.org/basiceng.html;
Special English: http://www1.voanews.com/learningenglish/home/;
Simplified English: http://www.asd-ste100.org/INDEX.HTM;
Plain English: http://www.plainlanguage.gov/.

Z językiem do kibiców

29.06.2010

Od kilkunastu dni nie milknie wrzawa wokół mundialowych rozgrywek. W takiej atmosferze Polacy i Ukraińcy tym jaśniej uświadamiają sobie, że już niedługo nadejdzie czas, kiedy to nasze kraje będą organizować podobną imprezę.

Prace mające na celu stworzenie właściwej infrastruktury na Euro 2012 mimo poślizgów posuwają się naprzód i władze obu krajów zapewniają, że uda się zdążyć z nimi na czas. Warto jednak pamiętać, że właściwe przygotowanie na przyjęcie kibiców nie sprowadza się tylko do wybudowania równych dróg, komfortowych hoteli i nowoczesnych stadionów. Równie istotne jest zapewnienie przybyszom z całego świata – a może ich do nas zjechać nawet ponad milion – praktycznych wskazówek, które pomogą im poruszać się po Polsce i Ukrainie, a także wiarygodnych informacji na temat kultury i języków obu krajów. Z takiego właśnie założenia wyszli twórcy portalu Eurolang 2012, którzy postawili sobie za cel dostarczyć kibicom wiedzę niekoniecznie propagowaną w mediach, ale niezbędną co najmniej tak samo jak koszulka ulubionej drużyny.

Oprócz praktycznych informacji o Polsce i Ukrainie na stronie można znaleźć lekcje językowe. Zamieszczono w nich krótkie teksty, obrazki z podpisami, materiały audio, liczne scenki i dialogi – niemal wszystkie obracające się wokół tematyki piłkarskiej. Po przerobieniu wszystkich lekcji cudzoziemiec nie powinien mieć kłopotu ze zrobieniem drobnych zakupów, zamówieniem lokalnych potraw w restauracji, zameldowaniem się w hotelu i – rzecz najważniejsza – zrozumieniem okrzyków wydawanych przez polskich lub ukraińskich kibiców zgromadzonych na trybunach.

Co ciekawe i imponujące, strona dostępna jest w dwudziestu pięciu językach. Dzięki temu może się ona stać prawdziwym niezbędnikiem każdego kibica i z pewnością przysłuży się organizatorom mistrzostw.

Źródło: http://www.eurolang2012.com/index.php.

Polska literatura w tłumaczeniach

21.06.2010

Wiemy już, że literatura zagraniczna jest na różne sposoby – choćby za sprawą opisanego poniżej projektu „Przeczytane w tłumaczeniu” – promowana na polskim rynku literackim. Jak natomiast sprawa ma się z obecnością tłumaczeń polskiej literatury za granicą? Oto krótki przegląd tego zagadnienia.

Polską literaturę przekłada się niekiedy na bardzo egzotyczne języki – kilka lat temu ukazał się np. „Pan Tadeusz” po chińsku. Polską poezję – np. dzieła Zbigniewa Herberta i Tadeusza Różewicza – wydaje się w języku hindi. Książki autorstwa Polaków dostępne są także po hebrajsku. Większość tłumaczeń powstaje jednak na użytek Europejczyków, w językach takich jak niemiecki, rosyjski, francuski, angielski, czeski, litewski oraz hiszpański i włoski. Nasza literatura jest szczególnie obecna na rynku niemieckim, gdzie ukazuje się średnio 40–50 polskich tytułów rocznie. Najpopularniejszym pisarzem za naszą zachodnią granicą jest Stanisław Lem, cenieni są też Witold Gombrowicz i Andrzej Stasiuk. W Rosji lubiana jest przede wszystkim Joanna Chmielewska, w Hiszpanii rekordy popularności bije Andrzej Sapkowski. Nad Sekwaną często sięga się do twórczości Witolda Gombrowicza, Sławomira Mrożka czy Pawła Huellego. Warto wspomnieć także o zyskujących popularność za granicą autorach młodszego pokolenia, takich jak Dorota Masłowska i Wojciech Kuczok. Do naszych głównych „towarów eksportowych” niezmiennie należą książki Olgi Tokarczuk, Stanisława Lema, Andrzeja Stasiuka, Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza.

Od lat w popularyzację literatury polskiej za granicą angażują się polskie instytucje, przede wszystkim Biblioteka Narodowa i Instytut Książki. Ten ostatni prowadzi od 1998 roku Program Translatorski ©Poland, z którego finansuje się przekłady polskich dzieł na języki obce. Z kolei w ramach programu Sample Translation ©Poland przygotowywane są próbne tłumaczenia fragmentów książek mające zachęcić zagranicznych wydawców do publikowania naszej literatury. Duże znaczenie promocyjne ma także współpraca ze wspieraną przez Unię Europejską organizacją Literature Across Frontiers.

Nie można zapomnieć, że na sukces polskiej literatury za granicą w nawet większym stopniu niż instytucje kulturalne pracują tłumacze. Bez nich nie byłoby przecież nawet mowy o istnieniu naszej literatury w świadomości zagranicznych czytelników. Z myślą o tych ambasadorach literatury polskiej za granicą stworzono nagrodę Transatlantyk, wręczaną najbardziej zasłużonym twórcom przekładów. Prestiżowy charakter i oprawa promocyjna nagrody mają zachęcić tłumaczy do zainteresowania się literaturą polską. Potencjalnych autorów przekładów przyciąga się także na inne sposoby. Na wzór rozwiązań stosowanych za granicą wdrożono na przykład projekt Kolegium Tłumaczy, dzięki któremu tłumacze literatury polskiej mogą skorzystać z oferty pobytów roboczych i pracować nad swoimi przekładami w naszym kraju. Ważnym wydarzeniem branżowym jest organizowany co kilka lat (ostatni odbył się w 2009 roku) Światowy Kongres Tłumaczy Literatury Polskiej, który przyciąga coraz więcej gości i stanowi doskonałą okazję do spotkań dla twórców, tłumaczy i wydawców.

Wszystkie te działania pozwalają wierzyć, że nasza literatura zajmie należne jej miejsce w europejskim dorobku kulturowym. Trzeba i warto ją promować, nie tylko dlatego, że mamy się czym pochwalić, lecz przede wszystkim dlatego, że popularność naszej literatury przyczynia się do zwiększenia wiedzy o Polsce na świecie, a przez to – jest zachętą dla turystów i pomaga budować pozytywny wizerunek Polski w oczach cudzoziemców.

Więcej informacji: http://polishwriting.net/index.php?id=77.

Przeczytane w tłumaczeniu

16.06.2010

Tradycyjnie zawód tłumacza kojarzono przede wszystkim z przekładem dzieł literackich. Choć dziś takie pojmowanie tej kwestii wydaje się zanadto wąskie, a wśród zadań, których podejmują się tłumacze, przekłady dokumentów urzędowych czy instrukcji obsługi zapewne przeważają nad przekładami poezji i prozy, tłumaczenia literackie nadal stanowią istotną gałąź rynku tłumaczeniowego. Właśnie do tłumaczy tekstów literackich skierowany jest realizowany od 2009 roku projekt „Przeczytane w tłumaczeniu”. Jego celem jest promowanie w Polsce współczesnych literatur europejskich oraz nowych talentów translatorskich oraz prowadzenie otwartej dyskusji na temat zawodu tłumacza i jego roli na rynku wydawniczym i w świecie literackim.

Według twórców projektu tłumacz jest często również ambasadorem i agentem literatury, z której przekłada, i przeważnie jest bardzo dobrze poinformowany o tym, co dzieje się na obcym rynku książki. Co za tym idzie, potrafi zaproponować polskiemu wydawcy ciekawe pozycje, zarówno takie, które w jego ocenie mogą przypaść do gustu właśnie polskiemu czytelnikowi, jak i te, które stały się światowymi bestsellerami. Jednym z elementów projektu są spotkania z tłumaczami mające na celu popularyzowanie wśród polskich czytelników zarówno zagranicznych książek nieznanych w naszym kraju, jak i początkujących tłumaczy. Podczas każdego z wieczorów trzech–czterech tłumaczy prezentuje fragment wybranej i przetłumaczonej przez siebie książki oraz przedstawia pokrótce jej autora. Organizatorzy starają się, by każdy z wieczorów dotyczył innych obszarów językowych, a także innego gatunku literackiego. W 2010 zaplanowanych jest siedem takich spotkań – najbliższe odbędzie się 19 czerwca w Gdyni (więcej na ten temat tutaj).

Projekt „Przeczytane w tłumaczeniu” jest wspólnym przedsięwzięciem instytucji zrzeszonych w EUNIC – Europejskim Związku Narodowych Instytutów Kultury (European Union National Institutes for Culture). Jego głównym koordynatorem w roku 2010 jest Szwajcarska Fundacja dla Kultury Pro Helvetia. W Polsce partnerami projektu są Polska Izba Książki, czasopismo „Lampa” oraz portal księgarski ksiązka.net.pl. Na stronie tego ostatniego można się także zapoznać z przekładami fragmentów dzieł niepublikowanych dotąd w Polsce.

Więcej informacji na stronie: http://tlumacze.ksiazka.net.pl/.

Sok z żydowskiego ucha

8.06.2010

Tegoroczna wystawa światowa w Szanghaju, przyciągająca tłumy turystów, to nie tylko okazja do pogłębienia wiedzy na temat kultury państw z całego świata i zapoznania się z nowinkami z dziedziny nauki, techniki i gospodarki. To także źródło wielu nieporozumień językowych i uciechy dla przybyszów spoza Chin. Wszystko to za sprawą komunikatów tłumaczonych z chińskiego na angielski w sposób, który znacznie odbiega od zaleceń purystów językowych. Mimo wysiłków władz Szanghaju, by zastąpić wszelkie niepoprawnie sformułowane teksty tymi napisanymi literacką angielszczyzną, nadal liczne są szyldy czy etykiety napisane w Chinglish – języku stanowiącym dziwaczną mieszankę angielskiego zasobu słownictwa oraz chińskiej frazeologii i składni.

Efekty takiego tłumaczenia słowo po słowie, bez zastosowania składni i idiomatyki właściwej dla angielszczyzny, cieszą oko i serce. Jakże inaczej jeśli nie wybuchem śmiechu (choć co prawda w tym przypadku w grę wchodzi także niesmak) można zareagować na widok puszki napoju noszącego wdzięczną nazwę „soku z żydowskiego ucha”? I czyż można przejść obojętnie obok deseru nazwanego „kleistymi wszami”? Nie mniejsza niespodzianka czeka turystów chcących zaopatrzyć się w nieco gotówki – kto bez obaw skorzysta z bankomatu, nad którym wisi tabliczka z napisem „niszczarka do banknotów”? Wszystkie te nazwy, zapewne brzmiące zupełnie niewinne po chińsku, przetłumaczone dosłownie na angielski nabierają cokolwiek niepokojącego znaczenia. Przed rozpoczęciem wystawy EXPO 2010 władze Szanghaju podjęły próbę wyeliminowania tego rodzaju nietrafnych komunikatów z przestrzeni miejskiej i choć udało im się osiągnąć wiele sukcesów (na przykład „strefy moczu” stały się zwyczajnymi „toaletami”), nie zdołały się do końca pozbyć tej osobliwej atrakcji turystycznej. No właśnie – atrakcji. Kto wie, czy nie należałoby raczej eksponować takich perełek, zamiast je usuwać – Chinglish ma przecież w Chinach długą tradycję.

Początki języka Chinglish sięgają XVII wieku, kiedy to narodził się pidżyn chińsko-angielski (pidżyn jest to język o uproszczonej składni i morfologii oraz ograniczonym słownictwie używany na obszarach wielojęzycznych). Wykorzystywany początkowo do porozumiewania się z brytyjskimi handlarzami, którzy dotarli do wybrzeży Chin, stracił on na znaczeniu pod koniec XIX wieku, gdy w Państwie Środka zaczęto nauczać „prawdziwego” angielskiego. Dziś językiem Chinglish, który prawdopodobnie wywodzi się z dawnego pidżynu, posługuje się od trzystu do nawet pięciuset milionów osób na całym świecie. Można się spodziewać, że w związku z tym nie zaszkodzi mu wymiana kilkunastu tysięcy szanghajskich tabliczek.

Więcej informacji:
http://www.nytimes.com/2010/05/03/world/asia/03chinglish.html,
http://www.rp.pl/artykul/483946_Chinglisz_z_Szanghaju.html,
http://en.wikipedia.org/wiki/Chinglish,
http://en.wikipedia.org/wiki/Chinese_Pidgin_English.

Wszędzie ich pełno

26.05.2010

Nie zawsze je dostrzegamy, ale jeśli się dobrze przyjrzeć, można się przekonać, jak wiele ich jest dookoła. Pojawiają się znienacka, po cichu, a gdy już raz się pokażą, tkwią na swoich posterunkach całymi tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Czasem aż kłują w oczy, czasem czekają przyczajone, aż wypatrzy je czyjeś sokole oko. Niektóre od razu się zdradzają, inne, te bardziej wyrafinowane, z łatwością ukrywają swoją prawdziwą tożsamość. Szczególnie ulubiły sobie sklepowe wystawy, szyldy, szpalty gazet, a niektóre występują nawet w radiu i telewizji. Wkradają się tam, gdzie w żadnym razie nie powinno ich być. Możemy z nimi walczyć, jednak nigdy zapewne nie zdołamy ich pokonać. To nasi najwierniejsi towarzysze. Błędy językowe.

Idiomatoły

20.05.2010

Stanisław Barańczak, wybitny poeta, eseista i szanowany tłumacz dzieł Williama Szekspira czy E.E. Cummingsa, nie stroni także od nieco mniej poważnej twórczości. W swojej książce zatytułowanej Pegaz zdębiał zamieszcza przykłady absurdalnych gier i zabaw językowych (znaczną część własnego pomysłu), z których jedną jest znane wszystkim osobom uczącym się języków dosłowne tłumaczenie wyrażeń idiomatycznych. W podrozdziale Kieszonkowy słowniczek frazeologiczny polsko-angielski odnajdziemy pokaźną kolekcję takich tłumaczeń, które poeta określił żartobliwie idiomatołami (czyli idiomami odczytanymi przez matoła). Ich wybór przedstawiamy poniżej. Nie tylko ze względu na nie warto zapoznać się ze wspomnianą książką, która z pewnością dostarczy wiele radości wszystkim miłośnikom słownych igraszek. Polecamy!

akt wiary – picture of a naked woman believing she looks good

akt strzelisty – picture of a naked woman with a machine gun

morowy chłop – a pestilence-like peasant

ciało obce – a foreign-looking corpse

obroty ciał niebieskich – livid corpses turning in their graves

stanąć na czele – to tread on sb’s forehead

droga przez mękę – she’s expensive, but that’s because she’s torturing you

upadek ducha – a ghost’s tumble

koło zamachowe – assassin’s discussion circle

przeszło mi to koło nosa – I’d had this desire to wear a ring in my nose, but later I lost interest

idź na zbity łeb – (a masochist’s plea) Assault this bruised bestial head of mine a little more!

trącić myszką – to poke someone in the ribs with a small mouse

wziąć nogi za pas – to confuse one’s legs with one’s waist

państwo młodzi – a state governed by its young

spływać potem – to leave immediately after an intercourse

raz kozie śmierć – strike the goat and the stupid beast dies

przyprawić mężowi rogi – to season one’s husband’s corners

strugać wariata – to whittle a madman alive

Nie bądź pani taka szybka! – Don’t be so damn delicate, like you were made of glass or something!

O wilku mowa – I’m going to deliver a speech on the subject of the wolf

Gdzie wilk? – Werewolf?

w rytmie walca – on a steamroller-like rhythm

zawód miłosny – prostitution

zdjęcie z piedestału – a snapshot taken by a public monument while standing atop its pedestal

Źródło: Stanisław Barańczak, Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

Wirujący seks w szklanej pułapce

6.05.2010

Co pewien czas przy okazji polskiej premiery jakiegoś zagranicznego filmu przez fora internetowe przetaczają się dyskusje na temat jakości tłumaczenia jego tytułu. Nietrafność tego rodzaju tłumaczeń i nierzadko ich całkowita niezgodność z treścią filmów budzą zdumienie i rozbawienie kinomanów i sprawiają, że na głowy tłumaczy sypią się gromy. Niezdarność pomysłodawców polskich tytułów stała się wręcz anegdotyczna, a niektóre ich potknięcia zapisały się w historii kina chyba nawet trwalej niż perypetie filmowych bohaterów.

Na usprawiedliwienie autorów takich niezręcznych przekładów trzeba jednak przyznać, że tytuły filmów stanowią wyjątkowo niewdzięczne wyzwanie dla tłumaczy. Często stosuje się w nich nieprzetłumaczalną grę słów lub wyrażenia slangowe, w nietypowy sposób wykorzystuje frazeologię albo nawiązuje do nieznanych szerzej w Polsce tekstów kultury. Jeśli dodamy do tego powszechnie panujące przekonanie, że tytuł filmu powinien być krótki, łatwy do zapamiętania, zgrabny i stosowny do fabuły filmu, zrozumiemy, z jakimi trudnościami borykają się tłumacze. Nic więc dziwnego, że czasem zamiast tłumaczenia mamy do czynienia z zupełnie nowym tytułem, całkowicie odmiennym od oryginalnego.

Pamiętni tych wszystkich zastrzeżeń, postanowiliśmy jednak zebrać co apetyczniejsze kąski dla krytyków niezręcznych tłumaczeń tytułów filmów. Listę będącą rezultatem tych poszukiwań – z pewnością niekompletną – prezentujemy poniżej.

10 Things I Hate About You Zakochana złośnica
A Night at the Roxbury Odlotowy duet
A Walk to Remember Szkoła uczuć
American History X Więzień nienawiści
Black Hawk Down Helikopter w ogniu
Boondock Saints Święci z Bostonu
City by the Sea Dochodzenie
Dark Horse Zakochani widzą słonie
Die Hard Szklana pułapka
Dirty Dancing Wirujący seks
Duplex Starsza pani musi zniknąć
Eternal Sunshine of the Spotless Mind Zakochany bez pamięci
Fight Club Podziemny krąg
Finding Neverland Marzyciel
Hide and Seek Siła strachu
Larger Than Life Pięć ton i on
Love Lies Bleeding Przeklęta forsa
One Tree Hill Pogoda na miłość
Reality Bites Orbitowanie bez cukru
Saving Silverman Twarda laska
Stealing Beauty Ukryte pragnienia
Terminator Elektroniczny morderca
The Lovely Bones Nostalgia anioła
Whatever works Co nas kręci, co podnieca

Głuchy telefon

27.04.2010

Wyobraźmy sobie zabawę w głuchy telefon, w której biorą udział osoby z różnych krajów mówiące różnymi językami i nie najlepiej znające angielski. Wyobraźmy sobie, że z braku odpowiednich słowników (bo czy istnieje na przykład słownik tajsko-irlandzki?…) osoby te są zmuszone korzystać z języka pośredniczącego – angielskiego – w związku z czym ich komunikacja odbywa się w ten sposób, że jedna osoba przekazuje drugiej wiadomość w swoim ojczystym języku, ta osoba z kolei tłumaczy tę wiadomość na angielski, a następnie na swój ojczysty język i w takiej postaci przekazuje ją dalej. Jaki może być efekt takiej zabawy? Czy jej ostateczny rezultat będzie miał cokolwiek wspólnego z wiadomością początkową?

Na to pytanie starali się odpowiedzieć twórcy strony internetowej http://www.conveythis.com/translation.php, na której można pobawić się w taki językowy głuchy telefon. Umożliwia ona wpisanie do wyszukiwarki dowolnej frazy w języku angielskim i przekonanie się, co z niej pozostanie, gdy poddamy ją tłumaczeniu na różne języki. Do tłumaczenia – które odbywa się zgodnie z algorytmem język angielski–język A–język angielski–język B–język angielski–język C itd. – wykorzystuje się popularne narzędzie Google Translate.

Choć głównym celem twórców strony była po prostu rozrywka, patrząc na nierzadko komiczne efekty tłumaczeń, można wysnuć wniosek, że nasza technika przekładu maszynowego jest jeszcze bardzo niedoskonała. O ile dla kilku języków tłumaczenie nie jest jeszcze bardzo zniekształcone, o tyle jeśli zwiększymy ich liczbę do dwudziestu pięciu czy nawet pięćdziesięciu czterech (tyle języków obsługuje obecnie Google Translate), ostateczny rezultat bardzo odbiega od tekstu początkowego.

Poniżej prezentujemy wynik tłumaczenia angielskiego przysłowia „Practice makes perfect” na wszystkie języki dostępne w Google Translate. Jak widać, efekt końcowy – „Indeed” – jest co najmniej zaskakujący (choć można by go też odczytać jako dowcipne podsumowanie).

ENGLISH: Practice makes perfect
AFRIKAANS : praktyk maak volmaak
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
ALBANIAN : Praktika e bën të përsosur
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
ARABIC : الممارسة تجعل من الكمال
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
BELARUSIAN : Навык майстры ставіць
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
BULGARIAN : Практика прави перфектни
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
CATALAN : Pràctica fa al mestre
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
CHINESE : 孰能生巧
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
CHINESE_SIMPLIFIED : 孰能生巧
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
CHINESE_TRADITIONAL : 孰能生巧
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
CROATIAN : Praksa čini savršenom
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
CZECH : Cvičení dělá mistra
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
DANISH : Øvelse gør mester
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
DUTCH : Al doende leert men
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
ENGLISH : Practice makes perfect
Back to ENGLISH : Practice makes perfect
ESTONIAN : Praktika on täiesti
Back to ENGLISH : Practice is fully
FILIPINO : Practice ay lubos na
Back to ENGLISH : Practice is quite
FINNISH : Käytännössä on melko
Back to ENGLISH : In practice it is quite
FRENCH : En pratique, il est tout à fait
Back to ENGLISH : In practice, it is quite
GALICIAN : Na práctica, é moi
Back to ENGLISH : In practice, it is very
GERMAN : In der Praxis ist es sehr
Back to ENGLISH : In practice, it is very
GREEK : Στην πράξη, είναι πολύ
Back to ENGLISH : In practice, it is very
HEBREW : בפועל, זה מאוד
Back to ENGLISH : In practice, it is very
HINDI : अभ्यास में, यह बहुत है
Back to ENGLISH : In practice, it is
HUNGARIAN : A gyakorlatban ez
Back to ENGLISH : In practice, this
ICELANDIC : Í reynd er þetta
Back to ENGLISH : In practice, this
INDONESIAN : Dalam prakteknya, ini
Back to ENGLISH : In practice, this
IRISH : I gcleachtas, seo
Back to ENGLISH : In practice, this
ITALIAN : In pratica, questo
Back to ENGLISH : In practice, this
JAPANESE : 実際には、この
Back to ENGLISH : In fact, this
KOREAN : 사실,이
Back to ENGLISH : In fact,
LATVIAN : Faktiski,
Back to ENGLISH : In fact,
LITHUANIAN : Iš tiesų,
Back to ENGLISH : Indeed,
MACEDONIAN : Всушност,
Back to ENGLISH : In fact,
MALAY : Bahkan,
Back to ENGLISH : In fact,
MALTESE : Fil-fatt,
Back to ENGLISH : In fact,
NORWEGIAN : Faktisk,
Back to ENGLISH : In fact,
PERSIAN : در واقع ،
Back to ENGLISH : In fact,
POLISH : W rzeczywistości,
Back to ENGLISH : In fact,
PORTUGUESE : Na verdade,
Back to ENGLISH : In fact,
ROMANIAN : De fapt,
Back to ENGLISH : In fact,
RUSSIAN : В самом деле,
Back to ENGLISH : Indeed,
SERBIAN : Заиста,
Back to ENGLISH : Indeed,
SLOVAK : Vskutku,
Back to ENGLISH : Indeed,
SLOVENIAN : Dejansko,
Back to ENGLISH : Indeed,
SPANISH : De hecho,
Back to ENGLISH : In fact,
SWAHILI : Kwa kweli,
Back to ENGLISH : In fact,
SWEDISH : I själva verket
Back to ENGLISH : In fact,
TAGALOG : Sa katunayan,
Back to ENGLISH : In fact,
THAI : ในความเป็นจริง
Back to ENGLISH : In fact
TURKISH : Aslında
Back to ENGLISH : In fact
UKRAINIAN : У дійсності
Back to ENGLISH : In fact
VIETNAMESE : Trong thực tế
Back to ENGLISH : In fact
WELSH : Yn wir,
Back to ENGLISH : Indeed,
YIDDISH : טאקע,
Back to ENGLISH : Indeed,

Inne przykłady niefortunnych tłumaczeń są nie mniej interesujące – zamiast powiedzenia „Happiness is nothing more than good health and a bad memory” otrzymujemy cokolwiek pesymistyczne „Lack of health and happiness”, a zamiast popularnego sloganu feministycznego „A woman without a man is like a fish without a bicycle” – zagadkową krzyżówkę międzygatunkową „Male fish with female Bike” (!).

Jaki z tego wniosek? Chyba niezbyt zachęcający: możemy udoskonalać technologię, gromadzić ogromne ilości tekstów, opisywać znaczenia słów, ale chyba jednak tłumaczenie maszynowe pozbawione czynnika ludzkiego zawsze pozostanie w jakimś stopniu zabawą w głuchy telefon.

Halo, tu ziemia!

21.04.2010

Jakiś czas temu z okazji pięćdziesięciolecia istnienia projektu SETI (Search for Extra Terrestrial Intelligence) mającego na celu nawiązanie kontaktu z cywilizacją pozaziemską ogłoszono konkurs na najlepszą wiadomość do kosmitów, którą można by wysłać w kosmos. Uczestnicy konkursu nadesłali łącznie ponad tysiąc propozycji o niezwykle różnorodnej treści – znalazły się wśród nich słowa powitania, propozycje handlowe, uszczypliwe komentarze dotyczące sytuacji na Ziemi, a nawet ostrzeżenia przed ludzkim okrucieństwem. Oto niektóre z nich:

Dwa tysiące lat temu mieliśmy tu niezwykle pouczającą wizytę Syna Stwórcy. U was też już był?

Cześć! Gdybyście chcieli odwiedzić naszą planetę, pamiętajcie, że musicie się najpierw pozbyć wszelkich metalowych przedmiotów, zdjąć buty i poddać się prześwietleniu, przechowywać wszelkie płyny, żele i aerozole w plastikowych butelkach o pojemności nie większej niż 0,1 litra, oddać zapalniczki i baterie, schować wszelkie dżemy i galaretki (ciastka możecie zabrać ze sobą)… o tak, witajcie na Ziemi!

Na sprzedaż: kilka miliardów ton dwutlenku węgla. Rozważymy wszelkie sensowne oferty! Możliwość transportu wykluczona.

Zabijcie nas wszystkich, jesteśmy źli i musicie się przed nami bronić!

Myśleliście, że to WY jesteście sami we wszechświecie?

Wybrane wiadomości wysłano w stronę Wielkiej Mgławicy w Orionie za pomocą przekaźnika radiowego. Do adresatów – o ile się takowi znajdą – przekaz z Ziemi dotrze za, bagatela, 1200 lat.

Ogłoszony niedawno konkurs to niejedyna tego rodzaju próba nawiązania kontaktu z obcymi. W zeszłym roku na stronie http://www.hellofromearth.net/ zbierano propozycje SMS-ów do kosmitów, które następnie wysłano w innym obiecującym kierunku – na planetę Gliese 581d. W tym przypadku czas oczekiwania na odpowiedź powinien być krótszy – ewentualną odpowiedź mamy szansę otrzymać już za 40 lat.

Podobne działania, i to na dużo większą skalę, podejmowane są od lat. Wystarczy przypomnieć, że już kilkakrotnie wysłaliśmy w kosmos różnego typu wiadomości:

– obrazkowe, na przykład słynną tabliczkę przymocowaną do sond Pioneer wystrzelonych w 1972 i 1973 r.:

– dźwiękowe, takie jak złota płyta umieszczona na dwóch sondach należących do programu Voyager, wystrzelonych przez NASA w 1977 r.:

– oraz cyfrowe, jak przesłanie z Arecibo – składające się z sekwencji zer i jedynek, wyemitowane w 1974 r. za pomocą największego ziemskiego radioteleskopu w Arecibo, o następującej postaci graficznej:

Wszystkie te próby znalezienia wspólnego języka z kosmitami wydają się niestety skażone nieuzasadnionym antropocentryzmem. Skąd bowiem pewność, że przedstawiciele cywilizacji pozaziemskiej mają oczy albo uszy? Albo że posługują się aparaturą do przesyłania i wychwytywania sygnałów z kosmosu? Albo że znają podstawy matematyki? Każdy, kto choćby przelotnie zetknął się z twórczością Stanisława Lema, wie, że nie jest to bynajmniej takie oczywiste. Czy więc język obrazów albo liczb – nie wspominając nawet o zwyczajnej angielszczyźnie – może się okazać na tyle uniwersalny, żeby pozwolić nam na komunikowanie się z istotami nie z tej ziemi?

Więcej informacji:
http://www.penguin.co.uk/static/cs/uk/0/competition/0210/eerie_silence/index.html http://pl.wikipedia.org/wiki/Voyager_Golden_Record
http://pl.wikipedia.org/wiki/P%C5%82ytka_Pioneera
http://pl.wikipedia.org/wiki/Wiadomo%C5%9B%C4%87_Arecibo

Requiescant in pacem

10 kwietnia 2010 roku, w drodze na uroczyste obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, w katastrofie polskiego samolotu rządowego zginęło 96 pasażerów, w tym Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński, jego żona Maria, parlamentarzyści, politycy, załoga oraz tłumacz języka rosyjskiego Aleksander Fedorowicz.

Niech spoczywają w pokoju!

Go and shake a tower

6.04.2010

Choć wielu z nas zapewne niejednokrotnie czerpało wiele uciechy z gier słownych w rodzaju zysk w padzie czy balet na szelkach, nie wszyscy wiemy, kogo można nazwać (niekoniecznie szczęśliwym) ojcem tego rodzaju przejęzyczeń. Był nim William Archibald Spooner, angielski pastor i uczony żyjący na przełomie XIX i XX wieku.

Ten znany z dobroduszności wykładowca Uniwersytetu Oksfordzkiego nie tylko odznaczał się niezwykłym wyglądem (był krótkowzrocznym albinosem o dużej głowie), lecz także cierpiał na szczególną przypadłość: z roztargnienia zdarzało mu się zamieniać miejscami pierwsze litery sąsiadujących ze sobą wyrazów. Wskutek tego powstawały najróżniejsze budzące powszechną wesołość sformułowania o znaczeniu daleko odbiegającym od zamierzeń autora, przyciągające na wykłady poczciwego profesora rzesze studentów. Ich sława sięgnęła tak daleko, że od nazwiska profesora utworzono nawet nazwę tego rodzaju przejęzyczeń – spuneryzmy. Najbardziej spektakularnymi przykładami słowotwórczego potencjału Spoonera mogą być słowa toastu wygłoszone podczas przyjęcia: let us toast to the queer old dean (zamiast zwyczajowego let us toast to the dear old Queen) czy fragment kazania: Come into the arms of the shoving leopard (zamiast come into the arms of the loving shepherd).

Sponner nie był szczególnie zachwycony powodem swojej popularności, z czasem jednak przyjął postawę pełnej godności rezygnacji i markował swoim nazwiskiem nawet te przejęzyczenia, których autorem nie był, a które mu niezasłużenie przypisywano. Trzeba przyznać, że jego nastręczająca mu kłopotów przypadłość przysporzyła mu sławy trwalszej niż jego kazania i praca naukowa. Do tego stopnia, że jedną z sal Uniwersytetu Oksfordzkiego nazwano na jego cześć… „The Rooner Spoom”.

~~~~~

Inne przejęzyczenia przypisywane Williamowi Archibaldowi Spoonerowi:

  • It is kisstomary to cuss the bride (…customary to kiss the bride);
  • You have hissed all my mystery lectures (You have missed all my history lectures);
  • a well-boiled icicle (a well-oiled bicycle);
  • We’ll have the hags flung out (…flags hung out);
  • a half-warmed fish (A half-formed wish);
  • Is the bean dizzy? (Is the Dean busy?);
  • Go and shake a tower (Go and take a shower);
  • I’ve lost my signifying glass. (Poźniej:) Oh, well, it doesn’t magnify.

Więcej informacji: http://www.fun-with-words.com/spoon_history.html;
http://en.wikipedia.org/wiki/William_Archibald_Spooner
.

Europeana – skarbiec europejskiej kultury

30.03.2010

20 listopada 2008 roku powołano do istnienia bibliotekę (a raczej mediatekę) Europeana. To europejskie przedsięwzięcie, podobnie jak Projekt Gutenberg czy Google Books, podejmuje wyzwanie digitalizacji (zamiany na postać cyfrową) światowego dziedzictwa kulturalnego i udostępnia wszystkim zainteresowanym książki, czasopisma, filmy, mapy, zdjęcia i muzykę. Europeana to również cyfrowe archiwum, które zachowuje dla przyszłych pokoleń treści zapisane uprzednio na papierze, płótnie czy pergaminie. W tym roku zbiory Europeany mają pomieścić dziesięć milionów cyfrowych dokumentów.

Projekt wspólnie tworzą europejskie biblioteki, instytuty badawcze, krajowe instytucje promocji kultury, archiwa i stowarzyszenia opieki nad dziedzictwem intelektualnym (w Polsce są to Biblioteka Narodowa i Federacja Bibliotek Cyfrowych). Współfinansuje go Unia Europejska, choć partnerzy Europeany oraz instytucje udostępniające swoje zbiory w sieci pochodzą również z krajów trzecich, jak na przykład Serbia czy Szwajcaria. Zbiory i część administracyjna znajdują się w Hadze, w budynku holenderskiej Biblioteki Narodowej.

Europeana jest jednym z wielu przedsięwzięć służących ochronie i promowaniu europejskiego modelu społecznego i różnorodności kulturowej. Utrzymywana z pieniędzy publicznych, raczej nie zagrozi finansowanemu z reklam serwisowi Google Books, stanowi jednak dla niego ciekawą alternatywę. Problemem stojącym na drodze do jej nieskrępowanego rozwoju jest wciąż nierozstrzygnięta kwestia praw autorskich. W Parlamencie Europejskim toczą się więc dyskusje mające na celu wypracowanie porozumienia z jednej strony chroniącego dobro twórców, a z drugiej – umożliwiającego każdemu obywatelowi wolny dostęp do treści kulturalnych.

Nawet w początkowej fazie rozwoju Europeana daje nam nieocenioną możliwość poznania wielu dzieł dotychczas niełatwo dostępnych.

Wśród polskich zasobów mediateki znajdują się m.in. dzieło O obrotach sfer niebieskich Mikołaja Kopernika czy nokturny Fryderyka Chopina, ale także związane z „Solidarnością” dokumenty z czasów PRL. Strona jest dostępna we wszystkich językach europejskich.

Źródło:
http://www.europarl.europa.eu/news/public/story_page/037-61770-292-10-43-906-20091002STO61736-2009-19-10-2009/default_pl.htm.
Europeana:
http://www.europeana.eu/portal/.

Słowiańskie esperanto

23.03.2010

W 1999 roku słowacki językoznawca Marek Hucko stworzył język pozwalający swobodnie porozumiewać się niemal czterystu milionom ludzi różnych narodowości bez konieczności żmudnej nauki. Jego zrozumienie i opanowanie nie nastręcza większych trudności, a gramatyka jest nieskomplikowana i logiczna. To język slovio, bazujący na językach słowiańskich, zrozumiały bez większych problemów dla przedstawicieli narodowości takich jak Rosjanie, Polacy, Czesi, Bośniacy czy Litwini.

Slovio charakteryzuje się uproszczoną pisownią, pozwalającą w jednolity sposób oddać dźwięki różnie zapisywane w różnych językach słowiańskich (np. w miejsce rosyjskiego Ч, polskiego cz i czeskiego č stworzono dwuznak cx). Brak w alfabecie liter ze znakami diakrytycznymi sprawia, że slovio jest przyjazny dla komputerów i telefonów komórkowych, a jednocześnie nie stwarza problemów z odczytaniem. Istnieje także możliwość zapisu slovio z użyciem cyrylicy. Zasób słownictwa slovio – zawierający około 60 tysięcy jednostek – opiera się na zasobach języków słowiańskich, zawiera także wiele słów powszechnie znanych, tzw. internacjonalizmów. Gramatyka nie powinna spędzać adeptom slovio snu z powiek – starczy powiedzieć, że choć co prawda zachowano odmianę przez przypadki, nie jest ona nawet w ułamku tak nieregularna jak na przykład w polszczyźnie.

Na swojej stronie internetowej (www.slovio.com) twórcy języka zachęcają do jego rozbudowywania i nauki, a także do posługiwania się nim w międzynarodowych firmach i pisania w nim e-maili oraz reklam. Zamieszczone na stronie entuzjastyczne komentarze użytkowników slovio dowodzą, że takie zastosowania są zupełnie możliwe.

Czas pokaże, czy slovio zrobi w świecie większą karierę niż esperanto. Na jego korzyść przemawia zapewne to, że dla większości Słowian jest w miarę zrozumiały na pierwszy rzut oka… i ucha. Zachętą do nauki tego wszechsłowiańskiego języka mogą być dowcipy znajdujące się na wspomnianej stronie – takie jak poniższy:

Letidlo nesijt pilot i tri pasazxiris: Gxorgx Busx, mlodju turist i starju sviasxnik. Nagluo pilot oglosijt: “Imame vazxnju problem. Nasx letidlo bu avarit. Mi es cxtir no imame tolk tri parasxutis. Moi vozduh-lina platil mnoguo dengi dla moi trenirenie, ja berijm pervju parasxut. Do videnie.” I pilot dol-skacxijt s pervju parasxut. Gxorgx Busx skazajt: “Ja es nai-znacxju cxlovek Amerikuf. Ja berijm dvaju parasxut.” I Gxorgx Busx skacxijt. Starju sviasxnik gvorijt mlodju turist: “Ja es starju, ja es blizuo Bozx. Ti es mlodju, ti esxte ne znajsx zxizn. Ti berij posledju parasxut!”Mlodju turist otvetijt: “To ne es potrebju. Nai-znacxju muzx Amerikuf pred moment dol-skacxil so moi ranec”…

Śmierć języka

1.03.2010

W lutym tego roku zmarła Boa Sr, osiemdziesięciopięcioletnia mieszkanka Wysp Andamańskich – należącego do Indii archipelagu położonego w północnej części Oceanu Indyjskiego. Nie byłoby to być może szczególnie znaczące wydarzenie, gdyby nie to, że Boa zabrała ze sobą do grobu niezwykły skarb o ogromnej wartości naukowej – język, którym się posługiwała. Była ona bowiem ostatnią żyjącą użytkowniczką języka „bo”, uznawanego za jeden z najstarszych języków świata i datującego się prawdopodobnie od neolitu. Jako swego rodzaju łącznik z czasami, w których ludzka zdolność porozumiewania jeszcze się kształtowała, „bo” od dawna był przedmiotem zainteresowania lingwistów i jego zanik jest niepowetowaną stratą dla świata nauki.

Ojczyzna języka „bo” to skądinąd prawdziwa kopalnia wiedzy językoznawczej. Społeczności zamieszkujące Andamany posługują się kilkoma narzeczami, których wiek sięga 70 tysięcy lat i którymi ludzie porozumiewali się jeszcze wówczas, gdy opuszczali kontynent afrykański. Niestety i te skarby są zagrożone. W zeszłym roku na przykład przestał istnieć język „khora” – podobnie jak w przypadku „bo”, zanikł on wraz ze śmiercią swego ostatniego użytkownika.

Problem zanikania języków nie dotyczy tylko regionu Wysp Andamańskich. Spośród około 7000 języków istniejących na całym świecie zagrożona jest nawet połowa. Dzieje się tak, ponieważ wieloma językami posługuje się jedynie znikoma liczba użytkowników, którzy nie mają komu przekazywać swojej wiedzy albo przechodzą na popularniejsze języki, takie jak na przykład angielski (jak w przypadku Indian w Ameryce Północnej lub Aborygenów w Australii) czy różnego rodzaju pidginy (na przykład neomalezyjski, służący jako lingua franca ludom Papui-Nowej Gwinei i będący mieszaniną angielskiego i różnych lokalnych narzeczy). Nie trzeba tu wcale sięgać po tak egzotyczne przykłady jak „bo” czy „khora” – wystarczy wspomnieć o języku gaelickim z Irlandii czy bretońskim, którego używa się jeszcze niekiedy na północno-zachodnim wybrzeżu Francji.

Świadomi tego, że wraz z zanikaniem języków bezpowrotnie tracimy jakąś część wiedzy o człowieku, naukowcy starają się podejmować działania mające na celu ochronę zagrożonych języków. Służą temu przede wszystkim edukacja i kształtowanie świadomości społeczności posługujących się wymierającymi językami, a także nagrywanie i spisywanie tych niewątpliwie wartych zachowania świadectw rozwoju ludzkości.

Więcej na ten temat: http://www.polskieradio.pl/nauka/strumiendanych/artykul136083….

Tłumacz w komórce

22.02.2010

Jakiś czas temu liczne portale poświęcone nowym technologiom obiegła sensacyjna informacja, zgodnie z którą firma Google pracuje nad urządzeniem zdolnym tłumaczyć rozmowy telefoniczne w czasie rzeczywistym. Ten rewolucyjny cud techniki ma łączyć w sobie funkcję analizatora mowy oraz technologię wykorzystywaną w popularnym narzędziu Google Translate i docelowo być zdolny do tłumaczenia wszystkich języków świata – czyli około 6000. Podczas gdy przedstawiciele Google’a zapowiadają, że nowe urządzenie będzie mogło wejść do użytku w najbliższych latach, sceptycy zastanawiają się, jak nierozumna maszyna może być w stanie rozpoznać słowa wypowiadane przez różne osoby, z różnorodnym akcentem i niekoniecznie doskonałą dykcją. Na razie w oczekiwaniu na zburzenie wieży Babel przyjdzie nam jeszcze przez co najmniej kilka lat polegać na „tłumaczach analogowych” – ludziach.

Więcej informacji:
http://technology.timesonline.co.uk/tol/news/tech_and_web/personal_tech/article7017831.ece.

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem

15.02.2010

Już po raz czternasty trzeci program Polskiego Radia organizuje plebiscyt Srebrne Usta, w którym słuchacze mają okazję wybrać najśmieszniejszą i najbardziej zaskakującą wypowiedź  jednej z czołowych postaci polskiej sceny politycznej. Przez kilka tygodni najbardziej kwieciste wypowiedzi polityków wybrane przez dziennikarzy Trójki są prezentowane na antenie, a słuchacze głosują na swoich faworytów. Szczęśliwy zwycięzca otrzymuje tytuł Srebrnoustego.

Pomysł plebiscytu zrodził się na początku 1992 roku. Obradujący wówczas Sejm pierwszej kadencji obfitował w osobowości wyróżniające się niebanalnym językiem. Posłowie prześcigali się w obrazowych przenośniach, celnych ripostach, niespotykanych figurach retorycznych. Stało się ważne nie tylko to, co ktoś mówi, lecz także jak to robi. Beata Michniewicz, pomysłodawczyni plebiscytu, postanowiła utrwalić w pamięci słuchaczy te zwroty i wyrażenia, które ze względu na swą treść nie zawsze miały szansę przejść do historii. Miała poza tym nadzieję, że spojrzenie z przymrużeniem oka na politykę, niekiedy brutalną i zawiłą, dobrze zrobi zarówno jej aktorom, jak i obserwatorom. Pomysł organizowania plebiscytu spotkał się z entuzjastyczną reakcją słuchaczy, a nagradzani politycy – mimo że nadawany im tytuł to nie zawsze powód do dumy – starają się podejść do sprawy z należytym poczuciem humoru.

W tym roku do tytułu Srebrnoustego kandydują: Bartosz Arłukowicz, Andrzej Czuma, Ludwik Dorn, Marian Filar, Sebastian Karpiniuk, Beata Kempa, Nelly Rokita, Franciszek Stefaniuk, Stanisław Wziątek i Stanisław Żelichowski. Nominowane wypowiedzi można usłyszeć na antenie Trójki, a uroczyste ogłoszenie wyników odbędzie się 3 marca.

W oczekiwaniu na tegoroczny werdykt warto sobie przypomnieć „srebrzyste” wypowiedzi polityków sprzed lat. Oto wybór najciekawszych:

Nie można mieć pretensji do Słońca, że się kręci wokół Ziemi. (Lech Wałęsa)

Kura najpierw jajko zniesie, a dopiero potem gdacze. Nasi polityczni przeciwnicy gdaczą nawet kiedy nie potrafią jajka znieść. (Waldemar Pawlak)

Konserwatyści są konserwatystami, nie biegają jak pchły z kwiatka na kwiatek. Boże, pchły z kwiatków chyba nie biegają, no biedronki właśnie albo jakieś inne takie owady, motylki, o! (Jan Maria Rokita)

Pani Poseł, proszę mi wybaczyć, ale obawiam się, że Pani owies uderzył do głowy (Bogdan Lewandowski)

Panie premierze (…) jeśli jest pan człowiekiem dobrze wychowanym i przyzwoitym, a na chwilę załóżmy, że ta ryzykowna hipoteza ma jakiekolwiek uzasadnienie, to proszę tu przyjść i przeprosić kobietę, którą pan obraził. (Donald Tusk)

Taki jest los osób, które mając do czynienia z żabą, postanawiają tę żabę hodować do wymiarów giga. To mają giga gada w postaci krokodyla. Będą musieli to zeżreć. Ogon będzie wyglądał z ust jak nic! (Tomasz Nałęcz)

Wysoki Sejmie, nie po raz pierwszy staje mi… przychodzi mi stawać… przed Izbą. (Józef Zych)

Panie Marszałku, Wysoka Izbo, w Hongkongu… Panie Marszałku, gdybym powiedział „pomidor”, to rozumiem, ale powiedziałem „Hongkong”. Być może posłowie Prawa i Sprawiedliwości nie wiedzą, co to jest Hongkong, ale gdyby się położyli na kuli ziemskiej… Panie Marszałku zadaję pytanie. Panie Marszałku, Wysoka Izbo w Hongkongu istnieje urząd antykorupcyjny… (Piotr Gadzinowski)

Żadne krzyki, płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Przepraszam bardzo: że białe jest czarne, a czarne jest białe. Przepraszam bardzo. (Jarosław Kaczyński)

Może na ten koniec kadencji panu posłowi Kurskiemu podpowiem – jako starszy kolega – że żeby być za, to trzeba nacisnąć ten zielony guzik z krzyżykiem. (Waldemar Pawlak)

Mam dwa pytania: jedno do pana premiera i z całą powagą proszę potraktować to pytanie. Panie premierze, mam wrażenie, i to nie tylko ja mam wrażenie w Polsce, że często pan stoi w rozkroku. Panie premierze. No właśnie chciałam zapytać pana premiera z całą powagą. (Nelli Rokita)

Dlaczego naciski, naciski? A przecieki? Dlaczego przecieków nie ma? Zbadanych? Bo wam mówię dlaczego: jeszcze żeście silników nie rozgrzali, a już wam olej wycieka. Taka szczelność. Taka szczelność w tym rządzie. (Tadeusz Cymański)

Więcej informacji na stronach: http://www.polskieradio.pl/trojka/wiadomosci/default.aspx?id=136055 i http://www.trojkofan.trojka.info/srebrne.html.

Czułe słówka

8.02.2010

Zapewne z myślą o zbliżających się walentynkach szacowne Wydawnictwo Naukowe PWN przygotowało nieco frywolną publikację – słownik „czułych słówek”, czyli afektonimów – przezwisk, jakich używają w stosunku do siebie osoby pozostające w bliskich relacjach. Publikacja autorstwa Mirosława Bańki i Agnieszki Zygmunt zawiera 500 najczęściej spotykanych słów i ich wariantów, wybranych na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród internautów odwiedzających portale Onet.pl i Sympatia.pl. Poszczególne hasła są opisane w sposób nietypowy dla słowników – zamiast sztywnego, naukowego wykładu znajdziemy w książce swego rodzaju minifelietony okraszone przykładami zaczerpniętymi z Internetu i literatury. Osoby spragnione rzetelnego opracowania językowego mogą jednak zajrzeć do zamieszczonych na końcu słownika aneksów, z których dowiedzą się między innymi, że do najczęstszych afektonimów należą następujące określenia: kochanie, misiu, kotku, skarbie, słoneczko, myszko, dziubku, żabko, serduszko i tygrysku. Wśród słownikowych haseł nie brakuje jednak słów „czułych inaczej” – jak bestio, gnomie, wstręciuchu – czy zupełnie niepoprawnych politycznie: dupeczko, cipciu, a nawet suczko (?!).

Wydaje się wątpliwe, by osoby pozostające w związkach poszukiwały inspiracji do określania swych drugich połówek w słowniku, czego zresztą – jak można wyczytać we wstępie do publikacji – nie spodziewają się sami autorzy. W jakim celu powstał więc słownik? Wydaje się, że można go traktować jako lingwistyczną ciekawostkę i raczej pobieżnie przejrzeć, po czym odstawić na półkę, niż z zapałem wertować. Nie można jednak odmówić książce sporej wartości poznawczej – z pewnością rzuca ona nieco światła na jakże zawiłą materię związków międzyludzkich w naszej kulturze. Ciekawe także jest to, że, jak napisano we wstępie, „są całe języki, np. w południowo-wschodniej Azji, w których afektonimów nie ma, gdyż byłoby to niezgodne z daną kulturą (a język pozostaje z kulturą używającej go społeczności w ścisłej więzi)”. Pozostaje nam się cieszyć, że władamy językiem tak otwartym na różnego rodzaju pieszczotliwe określenia, i mieć nadzieję, że będziemy dla siebie równie czuli jak słowa, którymi się do siebie zwracamy – nie tylko w walentynki.

Tym czytelnikom, którzy zapałali chęcią bliższego poznania polskiego języka miłosnego, a jeszcze nie zdążyli zaopatrzyć się w „Czułe słówka”, polecamy na początek lekturę zamieszczonego poniżej tekstu piosenki pt. „Spis” autorstwa satyryka Tadeusza Chyły:

Kotuś, Pieseczek, Chrabąszczyk, Myszka, Pchełka, Jagniątko, Łasiczka, Liszka, Chrząszczyk, Motylek, Krówka, Biedronka, Kureczka, Kózka, Wróbelek, Stonka, Jeżyk, Słowiczek, Słoniczka, Muszka, Miś, Karaluszek, Świerszczyk, Papużka, Pszczółka, Jabłuszko, Agrest, Malinka, Jagódka, Gruszka, Śliwka, Jeżynka, Różyczka, Bratek, Goździk, Lilijka, Chaber, Stokrotka, Bzik, Konwalijka, Burak, Buraczek, Groszek, Marchewka, Seler, Pietruszka, Por i Brukiewka, Dzionek, Dzioneczek, Gwiazda, Gwiazdeczka, Słonko, Słoneczko, Drożynka Mleczna, Psipsia, Kruszynka i jeszcze parę – to są imiona Mojej Starej

(Piosenka do osłuchania tutaj: http://greencat.wrzuta.pl/audio/2TCLtq51WCB/tadeusz_chyla_-_spis).

Więcej informacji na temat słownika: http://ksiegarnia.pwn.pl/produkt/34785/czule-slowka.html.

Unijny projekt automatycznego translatora

1.02.2010

Co roku instytucje Unii Europejskiej wydają około miliarda euro na tłumaczenie dokumentów na 23 oficjalne języki Wspólnoty. Być może kwota ta zostanie w przyszłości zredukowana, jeśli sukcesem okaże się wspierany przez UE projekt dotyczący stworzenia automatycznego translatora.

Dotowany kwotą 2,3 miliona euro projekt Molto (Multi-lingual Online Translation) ma na celu, w przeciwieństwie np. do usługi Google Translator, opracowanie systemu dostarczającego możliwie wierne tłumaczenia. Najistotniejsze znaczenie ma przy tym nie pełność, lecz dokładność przekładu. Projekt zakłada stworzenie automatycznych translatorów dla trzech dziedzin. Zebrane przy tym doświadczenia mają następnie ułatwić i przyspieszyć tworzenie dalszych tego typu narzędzi. Pierwsza wersja beta ma być gotowa w połowie roku. Projekt potrwa do lutego 2013 roku, a większość stworzonego oprogramowania ma być darmowa.

Chcąc przekonać się, ile jeszcze jest do zrobienia w dziedzinie wierności przekładu komputerowego, wprowadziliśmy do Tłumacza Google anglojęzyczne motto przyświecające twórcom komunikatu Komisji Europejskiej w sprawie wielojęzyczności w Unii Europejskiej.

Oto wspomniane motto:

Linguistic diversity is a challenge for Europe, but, in our view, a rewarding challenge.

A oto rezultat tłumaczenia na język polski:

Różnorodność językowa jest wyzwaniem dla Europy, ale, naszym zdaniem, wyzwanie nagradzanie.

Jak widać, w unijny projekt trzeba będzie jeszcze włożyć trochę pracy – „zwyczajni” tłumacze mogą więc jak na razie spać spokojnie – musimy jednak przyznać, że dotychczasowe osiągnięcia są dość obiecujące.

Więcej informacji na stronie:
http://www.heise-online.pl/newsticker/news/item/Unijny-projekt-automatycznego-translatora-913057.html
.

Kaltxì. Nga-ru lu fpom srak?

26.01.2010

Od kilku tygodni na ekranach kin triumfy święci film Jamesa Camerona pt. „Avatar”, którego akcja toczy się na planecie zwanej Pandorą, zamieszkanej przez plemię humanoidalnych stworów z plemienia Na’vi. Film wyróżnia się zapierającymi dech w piersiach efektami specjalnymi, a nie mniej interesujące jest to, że w dążeniu do perfekcji i wiarygodności w przedstawieniu wykreowanego świata specjalnie na jego potrzeby od podstaw stworzono język, w którym porozumiewają się przedstawiciele rasy Na’vi. Twórcą sztucznego języka jest lingwista z University of Southern California, Paul Frommer, który rozpoczął swą pracę w 2005 r. Bazując na dość ogólnikowych wskazówkach Jamesa Camerona, językoznawca stworzył system gramatyczny i fonologiczny oraz zasób słownictwa (obejmujący około tysiąca jednostek) filmowego języka.

Na’vi należy do języków mówionych, choć oczywiście na potrzeby list dialogowych konieczne stało się zapisanie kwestii poszczególnych aktorów. Jego system fonologiczny obejmuje jedenaście samogłosek i dwadzieścia jeden spółgłosek, wśród których nie znajdziemy na przykład b ani j. Choć twórca języka starał się, by mimo nietypowego brzmienia poszczególne słowa były dla aktorów możliwe do wymówienia, niektóre zbitki literowe – jak na przykład te występujące w słowie fngap (‘metal’) – mogą nastręczać pewnych trudności. W gramatyce Na’vi występuje podział na rodzaj męski i żeński i aż cztery kategorie liczby – pojedynczą, podwójną, potrójną i mnogą. Dla chcących opanować Na’vi nieco zniechęcające może być to, że obowiązuje w nim także odmiana przez przypadki. Dla chcącego jednak nic trudnego. Pasjonaci „Avatara” już uczą się nowego języka i stworzyli nawet specjalną stronę internetową (http://www.learnnavi.org/) będącą przewodnikiem po tej lingwistycznej ciekawostce i zawierającą bliższe informacje na temat gramatyki Na’vi oraz słownik. Osobom, które także marzą o rozmowie z bohaterami Camerona w ich ojczystym języku, podajemy na zachętę tłumaczenie skądinąd swojsko brzmiącego zdania z nagłówka niniejszego tekstu: oznacza ono „Cześć, jak się masz?”.

Dla porządku warto dodać, że „Avatar” to nie pierwszy film, na którego potrzeby stworzono sztuczny język. Jego poprzednikiem był m.in. „Star Trek”, w którym możemy usłyszeć język klingoński stworzony przez Marca Okranda z uniwersytetu w Berkeley.

Więcej informacji: http://www.rp.pl/artykul/275010,423229.html.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: